Cieszę się, że powstała taka strona. Uważam, że jest bardzo potrzebna, ponieważ wiele osób podczas trwania etapów ma już pierwsze wątpliwości i zaczyna zadawać pytania i szukać wiarygodnych informacji w internecie lub innych źródłach. Jest mało osób we wspólnocie, które otwarcie między sobą wymieniają spostrzeżenia dotyczące metod działania na drodze. Jak ktoś zadaje pytania – jest to kwitowane tym, że wchodzi w dialog z demonem, albo są serwowane inne utarte na drodze frazesy – pisze Anonimka w poruszającym i długim liście.

Kilka słów wstępu
Miałam takie szczęście, że zawodowo byłam przez wiele lat dziennikarzem – dziennikarz ma to do siebie – że zadaje pytania i docieka… i we wspólnocie było również dwóch dziennikarzy, z którymi mogłam swobodnie porozmawiać o swoich wątpliwościach i okazało się, że mamy podobne spostrzeżenia i podobne sytuacje – że druga połówka – czyli małżonek, małżonka – ślepo zawierzyli wspólnocie i katechistom.
Dlatego zaczęłam drążyć, pytać, szukać wiarygodnych źródeł, szukałam czegoś od ponad roku– i znalazłam ten Blog – który przeczytałam od deski do deski…. I postanowiłam, że chcę opisać swoją historię…. Chcę zrobić to dla siebie i dla innych, którzy często zostają sami ze swoimi pytaniami, cierpieniem i często obawami o jedność swojego małżeństwa i o bycie w kościele.
Jestem na etapie Wprowadzenia w Modlitwę. Na drodze jestem od 12 lat. Tak naprawdę od katechez po rycie soli po II skrutinium zaczęłam mieć pierwsze poważne wątpliwości. Było to bardzo mocne doświadczenie, ponieważ runął mi cały światopogląd, w którym byłam od 10 lat. Tak jakby odebrać człowiekowi tożsamość i jakby cię ktoś wyrwał z czegoś co Cię do tej pory kształtowało, identyfikowało i dawało poczucie sensu, celu. Kiedy to odkryłam płakałam. Wiedziałam też, że jeśli podzielę się z tym z moim mężem – to mnie nie usłyszy, bo wiedziałam kogo będzie słuchać bardziej.
Realizacja słowa z I skrutynium.
Na I skurutinium usłyszysz – że masz sprzedać wszystko co masz i rozdać ubogim. Ale katechiści nie tłumaczą co konkretnie to oznacza – musisz się modlić i Duch święty ci pokaże… i potem każdy interpretuje to jak chce – i dochodzi do takich sytuacji, że jeden sprzedaje bardzo dużo – albo wszystko i zostaje bez domu, bez samochodu, bez czegoś bardzo cennego a drugi interpretuje to tak, że sprzedaje tylko telewizor…. Nie ma żadnych konkretnych sprecyzowanych zasad co oznacza to wszystko – jest to rozmyte, niedoprecyzowane. I to moim zdaniem powinno być wzięte pod lupę przez Kościół- bo wyrządza bardzo dużo krzywdy.
Bo jak patrzę na ludzi ode mnie ze wspólnoty, to nikt nie sprzedał wszystkiego…. A na skrutynium mówili że sprzedali wszystko i katechiści mówili dobra, przechodzisz dalej… i tak to jest z tym drugim skrutynium – nie wiadomo o co chodzi… Ja jako nieliczna powiedziałam prawdę – że nie sprzedałam wszystkiego. To potem usłyszałam fałszywą sugestię od jeden ze sióstr ze wspólnoty na ognisku, że pewnie dlatego mam takie wątpliwości ,, bo źle zrobiłam skrutynium” – za to ona dobrze zrobiła bo powiedziała katechistom, ze sprzedała wszystko co ma a tak naprawdę wiedziałam, że sprzedała tylko telewizor – bo mieszkanie, samochód i inne szpargały stały na półkach jak stały – od lat. Więc ja do tej pory nie wiem o co chodzi w tym całym skrutynium. Jak ktoś mi to wytłumaczy naprawdę będzie dla mnie bohaterem roku.
Moja kolejna siostra ze wspólnoty zinterpretowała słowo z I skrutinium, że jakiemuś obcemu facetowi zorganizowała pogrzeb bo nie miał mu kto zorganizować, i babeczka idąc za słowem wydała 15 tysiaków na czyjś pogrzeb. A katechiści powiedzieli jej że nie o to chodziło… Wyobrażacie sobie- dość tragikomiczny przykład, ale bardzo prawdziwy i niosący za sobą konkretne konsekwencje– ale ktoś miał dzięki temu zorganizowany pogrzeb… Jej już nie ma na drodze – nawet nie odbiera telefonów. I nikt za to nie bierze odpowiedzialności – a tym bardziej katechiści.
Gorliwa Neonka
Byłam przez cały ten czas bycia na drodze – bardzo gorliwą neonką ( ale nie jestem dzieckiem neo), i szłam na 100 procent w to co mówili katechiści, to co słyszałam na drodze- było dla mnie tym czym chce żyć. Z mężem byliśmy najbardziej oddanymi i gorliwymi członkami tej wspólnoty, ponieważ doświadczyliśmy wielu cudów w naszym życiu.
Pierwszy czar prysł – podczas gorącego krzesła – pierwszy raz zobaczyłam, że katechiści wbijają mnie w poczucie winy i, że jest to psychomanipulacja.
Usłyszałam, że jak nie będę chodzić do wspólnoty to pan Bóg zabierze mi moją pracę – czyli przedsiębiorstwo, które z takim trudem zbudowałam. Co za bzdura…. pomyślałam, co to ma być, jakiś szantaż ??? Nie chodziłam do wspólnoty ponieważ mój rodzic był w szpitalu i każdy wolny weekend wiązał się z licznymi obowiązkami i wyjazdami do szpitala do innej miejscowości, oddalonej o wiele kilometrów od mojego obecnego domu. Ostatecznie skończyło się to wszystko pogrzebem i czasem żałoby dla mnie. Był to czas dla mnie trudny ponieważ żałoba była przeplatana moim ogólnym osłabieniem odporności – gdzie bez przerwy coś łapałam i przez to też nie chodziłam do wspólnoty.
A tym czasem nadeszło skrutinium i przepytki… i nie patrzyli na żadne okoliczności, liczyło się tylko ślepe wypełnianie obowiązku chodzenia do wspólnoty – nie ważny jaki był kontekst nie przychodzenia do niej. Potem podczas rozmów, oczywiście padł temat otwartości na życie – jedna z sióstr – z którą nie rozmawiałam na temat tego że mamy problemy z posiadaniem dzieci, podsłuchała moją rozmowę z kim innym i na forum przy katechistach postanowiła wyciągnąć tak trudny i delikatny dla mnie temat. Katechiści bezpardonowo podchwycili temat – i wypytywali o wszystko. Oczywiście, ta siostra do dziś wierzy, że zrobiła to dla naszego dobra. Jednak ja bardzo podziękuje za takie dobro. Wolę pytać o takie sprawy specjalistów a nie katechistów.
Potem przy przepytywaniu mojego męża, usłyszałam że mój mąż ma mieć w nienawiści to co mówię do niego na temat wspólnoty, chodzenia do niej i ważniejszy ma dla niego ma być Bóg i ma przychodzić do wspólnoty… czytaj – masz nie słuchać żony masz słuchać bardziej nas… Natomiast po mnie pojechali ( nie ważne, że byłam świeżo po pogrzebie) zrobiono ze mnie heterę, a z męża niewinne kaczątko – nawet jeśli bardzo mnie skrzywdził, to i tak wyszło, że to moja większa wina. A jego wina została sprytnie usprawiedliwiona. Wmawiano mi, że nie potrafię wybaczać – co nie było prawdą – on mnie bardzo zranił- a to nie przychodzi od tak, gdybym mu nie wybaczyła, dziś bylibyśmy po rozwodzie.
Mierzyłam się z brutalnymi konsekwencjami tego co zrobił mój mąż, ale katechiści i tak wiedzieli lepiej – nie potrafię wybaczyć. I teraz jest to nagminnie wykorzystywane przy każdej okazji przez mojego męża, że nie potrafię wybaczać a nawet bezmyślnie przytaczane przez niektórych braci we wspólnocie w prywatnych rozmowach.
Przed rytem soli, każdy miał dać ,,poważny znak w pieniądzu” wyrzeczenia się demona czy jakoś tak… I namawiani byliśmy przez katechistów, aby likwidować lokaty, podarować komuś samochód, mieszkanie, oddawać całe jednomiesięczne wynagrodzenie, albo spieniężyć jakąś cenną dla nas rzecz lub oszczędności… W efekcie tych spieniężeń od naszej wspólnoty wyciągnięto kwotę o wartości kawalerki w małym mieście, które poszło na biednych w parafii i do dyspozycji biskupa, aby to rozdysponował dla biednych w mieście lub diecezji. Oczywiście wszystko odbywało się w wielkiej dyskrecji. Ale delegacja do proboszcza i biskupa z neo poszła.
Potem podczas rytu, jak zobaczyłam tą szopkę, z wrzucaniem pieniędzy do skarbony… i kto te pieniądze dostaje… proboszcz – żeby nam dobrze było w danej parafii i żebyśmy tu sobie robili swoje – a kasa wiadomo że zawsze działa – wiadomo dla biednych, ale stawia neo w bardzo dobrym świetle – ale jakim kosztem zostały te pieniądze zebrane to proboszcz i biskup już nie pyta.
I doszłam do wniosku – że to jest świetny krwioobieg i psychomanipulacja lokalnych władz kościelnych, i ten system sprawdzony jest przez drogę na całym świecie – ugłaskany proboszcz, ugłaskany biskup – czyli świetnie działające neokorpo – i rozwiająca się ewangelizacja na całym świecie, ale za to płacą zwykli często biedni ludzie ze wspólnot, którzy zostają z pustymi kontami – nie ważne, że ,,wszystko” sprzedałeś, nie ważne że dałeś kolejny znak w pieniądzu – znak wyrzeczenia się pieniądza, to jeszcze jak już nie masz kasy, zapłać za elegencką kolację w najdroższej restauracji – bo to święto – wchodzisz w katechumenat przecież i za chwilę gdy ledwo zipiesz fianansowo- katechiści ci oznajmiają w kolejnej katechezie – 10 procent co miesiąc twoich dochodów chcemy do worka wspólnotowego.
Pieniądze mają służyć ludziom we wspólnocie, którzy znaleźli się w potrzebie np. stracili pracę, chorują czy inne rzeczy związane z finansami. Oczywiście dostajesz obietnicę od katechistów, że twoje datki Bóg ci zwróci 100 krotnie. A niektórym nawet może podarować mieszkanie za darmo… Tylko trzeba ukrzyżować swój umysł i dać się poprowadzić woli bożej…. Obietnica zwrotu jest bardzo kusząca… Gorzej jak Bóg nie zwraca i nie daje ci tego mieszkania…. Tak było z jednym małżeństwem, które sprzedało skromny samochód i nie mieli innego, a mieli wielodzietną rodzinę i potem musieli chodzić na pieszo, jeździć autobusami, albo prosić kogoś we wspólnocie o pożyczenie samochodu. Bóg nie zwrócił im tego samochodu, nikt im go nie podarował, i musieli ciężko na niego zapracować i kupić sami – a dziś już ich nie ma we wspólnocie. Brutalne ale prawdziwe.
Byłam też świadkiem, jak jeden z braci podczas konwiwencji Szema wrzucał wszystkie pieniądze jakie miał do skarbony – a nie były to jego pieniądze a kogoś innego. Katechiści słysząc to nie wytłumaczyli tej osobie, że robimy takie rzeczy z użyciem rozsądku – nic takiego się nie stało, zostało to uznane jako akt zaufania Bogu. To był naprawdę biedy człowiek – oddał wszystko co miał przy sobie – bo tak jest na szhema, na koniec konwiwencji każą ci wyskakiwać z każdej kasy jaką masz przy sobie – i musiał oddać i tak te nieswoje pieniądze tej osobie, do której należały. Więc to było dla mnie straszne – jak działa w tej wspólnocie psychomanipulacja.
Jak zostaną pieniądze z worka w danym miesiącu, to odpowiedzialny ma je przeznaczyć – wpłacić na ogólnoświatowe konto neoaktechumenatu – czyli przeznaczyć na enigmatycznie brzmiący cel -,,ewangelizację” – nikt nie wie gdzie trafiają te pieniądze tak naprawdę. I nikt nie pyta o to. I nikt się tym zbytnio nie interesuje już. I to jest bardzo na rękę katechistom.
Ciekawa jest kwestia dziesięciny…
Jest włączane kolejne narzędzie kontroli nad wspólnotą – masz na każdej konwiwencji mówić czy dajesz, czy nie dajesz dziesięcinę – oczywiście wszystko w wolności. Jakoś katechiści zapomnieli, o słowach,, nie wie twoja lewa ręka co czyni prawa – we wspólnocie to nie obowiązuję – ręka czy lewa czy prawa może nie wiedzieć – ale katechiści muszą to wiedzieć, aby mieć z czego nas potem rozliczać przy następnym etapie – czyli ponownym gorącym krześle”. A gwoździem do trumny było to, że jak mi brakuje na leki to i tak mam wrzucać dziesięcinę, najwyżej sobie ją od razu wyjmę.
A jak nie mam kasy na życie to pukam do głównego odpowiedzialnego i proszę o pieniądze. Przeżyłam wielkie zdziwienie wtedy słysząc takie słowa – szok to mało powiedziane… pomyślałam, że skoro wyzbywamy się wszystkich zabezpieczeń… bo to zniewala, a tu nagle, można się zabezpieczać – zabezpieczenie jest jedno słuszne we wspólnocie… które tak naprawdę nie czyni cię wolnym, ale uzależnionym, finansowo i mentalnie od wspólnoty, bo z tyłu głowy masz, że jak nie dasz rady to pójdziesz do worka… będziesz uratowany.
Oczy mi się zrobiły jak złotówki, kiedy usłyszałam, że mam informować głównego odpowiedzialnego czy mogę wziąć kredyt – chodzi o to, żeby wspólnota nie spłacała, odpowiedzialny musi wiedzieć o takich naszych decyzjach. Druga ciekawa rzecz- mam powiadamiać katechistów o tym czy chce iść od sądu…. bo nie można chodzić do sądów w neo, a jak chcesz to musisz to skonsultować. Nie można się też angażować w politykę – jest to na drodze źle widziane. To wszystko nas stawia w pozycji dziecka – które jest zależne od swoich rodziców czyli katechistów. I tak się traktuje ludzi dorosłych w neo.
Bez zgody i aprobaty katechistów nie podziałasz… Pamiętam kiedyś jedno spotkanie – konwiwencję z katechistami – wspólnoty jakoś szybciej przyszły i zaśpiewały na stołówce. I wszyscy zaczęli jeść… A katechiści weszli i zobaczyli jedzące towarzystwo, które śmiało nie zaczekać na nich. I oczywiście wydarli się na nas i powiedzieli, że bez ich zgody nie możemy zaczynać ,, że jak ojciec nie zacznie jeść to dzieci bez jego zgody nie mogą zacząć”… Byłam w szoku… krótko mówiąc….
Kobiety w neo
Na którymś etapie małżeństwo dowiaduje się, że pieniądze trzyma mąż- a żona ma jedynie do tego wgląd. Ale nie tłumaczy się tego dokładnie. I oczywiście wielu mężczyzn nie jest na to gotowych. Mnie osobiście to bardzo skrzywdziło. Mój mąż kompletnie nie potrafił zarządzać pieniędzmi i doprowadziło to nas do poważnych problemów finansowych i wylądowaliśmy u katechistów…. I oczywiście przekręcili kota ogonem, że nie musimy tego tak dosłownie wypełnić, że mój mąż musi powoli się uczić zarządzania i że ja na razie mam trzymać kasę… więc da się użyć rozsądku – da się… ale musieliśmy to przepłacić poważnym stresem i problemami finansowymi przez takie złote rady katechistów. I myślę, że nie byliśmy w tych sprawach –niejedyni.
Tak naprawdę na drodze Kobieta – żona nie ma nic do gadania, kasę trzyma mąż a kobieta – sprowadzona jest do fabryki rodzenia… u nas z tego powodu jedna kobieta zmarła przy 7 dziecku – wykrwawiła się. Jedna w jednej ze wspólnot nie dała rady psychicznie i popełniła samobójstwo – i to było małżeństwo w misji. Do takich faktów oczywiście dorabia się neońską ideologię – wszyscy pomagają, udają miłosiernych i kochających braci… ale gdyby to było zdrowo prowadzone nie doszło może by to takich tragedii. Rozmawiałam z wieloma kobietami z drogi- są to matki 6, 7, 10 dzieci – i każda z nich mając męża na drodze – wydawać by się mogło – wspaniale – doświadczyła jakiejś traumy w małżeństwie – albo mąż idąc za wskazaniami drogi – wydzielał żonie pieniądze na jedzenie – że jej nie starczało i doprowadziło ją to do wycieńczenia fizycznego, psychicznego – młoda dziewczyna wylądowała u psychiatry i do dziś się leczy.
Kolejna kobieta, 7 dzieci – również depresja, bo zostaje w domu sama z taką ekipą i ledwo urodzonymi maluszkami, a tu jeszcze zająć się trzeba starszymi dziećmi. Sama osobiście znałam takie małżeństwo, gdzie piękna młoda dziewczyna będąc na drodze urodziła dziecko za dzieckiem – i coś się z nią stało i przestała wychodzić z domu pod nieobecność męża. Nie mogłam się dowiedzieć o co chodziło, próbowałam pomóc, ale dziewczyna nie dopuszczała nikogo do siebie. Nie wiem co się z nią stało, ale to był kolejny dla mnie trudny przypadek. Bardzo dużo kobiet na drodze jest uzależnionych od mężów finansowo, mają po 7-9 dzieci więc nigdzie nie uciekną i często bardzo zmęczone fizycznie i psychicznie. Rzadko która mówi, że jest spełniona i szczęśliwa. Z tego co wiem to dużo neonów – którzy mają wielodzietne rodziny – leczy się na depresję – albo korzysta z pomocy psychiatry lub psychologa – oczywiście katolickiego.
Wiele kobiet nie chce chodzić na drogę, bo widzą jak są traktowane. Zaskakujące to zazwyczaj kobiety są bardziej nastawione na dbanie o wiarę, ale w neo jest coś nie tak, skoro to one bardziej się wykruszają z uczestnictwa w tej formacji. Wiele razy słyszałam takie sugestie, że kobiety są zbyt emocjonalne dlatego to facet trzyma pieniądze, dlatego facet podejmuje decyzje – bo wiecie kobieta ma macicę i chce być matką i zagłaskała by na śmierć – słyszałam to osobiście od jednego neo-księdza.
Otwartość na życie
Otwartość na życie w rozumieniu neo – oznacza brak jakichkolwiek zabezpieczeń – chemicznych, mechanicznych, naturalnych. Jedyne zabezpieczenie to ,, Zaufanie Bogu”. I tylko tyle i to Bóg zadecyduje co, jak i gdzie i ile masz mieć dzieci… Już nie liczy się encyklika papieska ,, wiara i rozum”.
Więc młoda dziewczyna wchodząc w małżeństwo musi nastawić się na rodzenie dzieci rok po roku jak pan Bóg będzie chciał – nie ma mowy w tym wypadku o jakiejś pracy zawodowej, sudiach ( jak jeszcze nie skończyła) bo przy takim stylu życia jest to niemożliwe. Cały ciężar zarabiania na dom opiera się na mężczyźnie. A to jest ogromny ciężar. Żona ma ogromny ciężar – bo rodzi dziecko za dzieckiem, a mąż ma ogromny ciężar aby taką ekipę utrzymać . A dodatkowo dochodzą wymagania katechistów, poszczególnych etapów… i stajesz się więźniem systemu.
Przy takim systemie życia – rzadko kto może pozwolić sobie na zakup swojego domu, mieszkania – i często te rodziny skazane są na wieczny wynajem albo korzystanie z opieki, albo pomocy miasta lub innych organizacji… Mi witki opadają, bo konkretne nauczanie w katechezach buzi konkretne konsekwencje dla ludzi…. I często czyniąc ich życie bez potrzeby bardzo trudnym i uciemiężonym.
Byłam też w szoku, jak katechiści mówili o otwartości na życie – że mają się otwierać na to życie – osoby ciężko chore – a metody naturalne to katolicka antykoncepcja, która jest grzechem…. TO NAJBARDZIEJ MI SIĘ KŁÓCIŁO – bo stało w jawnej sprzeczności z nauką kościoła….
Wyprowadzanie z Kościoła.
Będąc przez 12 lat na drodze – odzwyczaiłam się kompletnie od udziału w niedzielnej Mszy świętej. Nie wiem co dzieje się w mojej parafii, nie wiem często kiedy ksiądz z parafii chodzi po kolędzie. Nie modle się na różańcu, litaniach i innych modlitwach, które dał mi kościół – na drodze tego nie ma i człowiek się odzwyczaja… Natomiast wchodzisz w inny system – droga ma swoje Eucharystię – w sobotę, swoją komunię pod dwiema postaciami – w sobotę, swoją spowiedź, swoją biblie jerozolimską, swoje seminaria, i buduje już swoje kościoły – gdzie ołtarz jest neoński, ma swoją Wielkanoc – pasche, Triduum paschalne, swoje pieśni, swój ośrodek centralny w Jerozolimie, swoje katechezy, swoje misje ad gentes…. I pewnie ma jeszcze wiele swoich rzeczy – o których nie pamiętam albo nie wiem jeszcze – ale to wygląda jak kościół w kościele… i to się dzieje na naszych oczach… i dzieci neońskie – nie znają tego tradycyjnego kościoła, znają tylko wspólnoty neokatechumenalne gdzie sprawowany jest kult.
Podsumowując – dziękuje za to, że przeczytaliście moje wyznanie. Mam nadzieję, że komuś to w jakiś sposób pomoże.
Anonimka

Dodaj komentarz