Wyznanie: Po Drodze też jest życie

Udostępnij nasze działania
byłam w neokatechumenacie relacja

Cześć,

Znalazłam bloga, gdy dyskutowałam z jedną byłą siostrą na temat Neo. Sprawił mi trochę radości, ale też powróciły wspomnienia gdy byłam we wspólnocie.

Szczególnie (używając neońskiej nomenklatury) uderzyło mnie – gdy pisałeś o 2 skr. i o tym jak aranżuje się małżeństwa młodych.

Ja odeszłam z neo blisko 8 lat temu, czyli jeszcze grubo przed pandemią. Miałam wtedy niewiele ponad 30 lat. W sumie jest mi troszkę obojętne, czy ktoś z byłych znajomych „namierzy” moją osobę. I tak nie utrzymują w większości ze mną kontaktu…

Mój wielki pech sprawił, że na drugie skrutynium wparowałam gdy – skończyłam studia. Jako świeża absolwentka byłam głodna życia i kariery. A liczyłam na całkiem wiele, studia techniczne są dobrą partią dla kobiet w obecnym czasie. 😉 Katechiści połączyli jednak pewne fakty. Także to, że jestem całkiem atrakcyjną młodą kobietą.

Moje Drugie Skrutinium

No i cóż… moje „badanie” przebiegało wokół mojej przyszłości, kariery i … tak – seksualności.

„Czy masz plany na przyszłość? Jesteś z kimś?”

Odpowiedziałam, że już nie. Co było wtedy prawdą. Oni jednak jakoś… węszyli. Wtedy byłam wobec Neo bardzo ufna.

Zaczęli dopytywać głębiej o moje relacje z mężczyznami. Także o to czy miałam przygodnych partnerów i jestem dziewicą. Odpowiedziałam … prawdę. To był mój błąd. Jako 28 latka po studiach, w pracy, w dużej firmie miałam dwóch partnerów. Z jednym także poszłam do łóżka, co zresztą przeżyłam dość mocno jako młoda religijna osoba, pokutowałam długo wewnętrznie…

Katechiści usłyszeli ode mnie wszystko, co było chyba najgorszą rzeczą, bardziej upokarzającą niż ten przedmałżeński seks z kolegą…

Zaczęli mnie coraz mocniej cisnąć o kwestie zamążpójścia i rodzenia dzieci.

Pojawiały się chamskie insynuacje „Ale czasu Ci coraz mniej zostaje…” oraz chyba najbardziej oklepane „jeszcze będziesz mieć kilku partnerów i który wartościowy mężczyzna Cię zechce? Musisz się szanować”.

Katechistka zaczęła wydzwaniać do mnie z propozycjami. „Wiesz może pójdziesz na skrutacje, jest też dla starszych, samotnych, może kogoś poznasz”. Stwierdzili chyba, że jestem jakoś zagrożona i muszę się „ustatkować”.

Próby swatania

No przez rok nikogo nie poznałam. Katechiści pojawili się, podpytali czy już mam „jakąś partię”, na co ja ironicznie im odpowiedziałam „na jedyną słuszną głosuje co 4 lata”.

Zaprosili mnie na pielgrzymkę. Wiadomo ŚDM odbywają się cyklicznie i jedzie sporo neonów. Znów pojawiły się telefony – „To szansa, może kogoś poznasz, albo rozeznasz powołanie”.

Pomyślałam, że w sumie czemu nie, bo moje życie się stabilizowało. Może poznam kogoś takiego jak ja? Ale tak się nie stało, było więcej młodszych, a 30 latkowie… no cóż. To nie była dobra partia.

Nie wiem jak u Ciebie i skąd jesteś, ale jeśli ktoś w Neo ma 30 lat i jest sam, to często albo ma swój sposób na życie, albo ma inne problemy. A ja nie chciałam ich leczyć.

Widziałam, że moje życie zmierza w innym kierunku, niż ktoś z Neo. Szczytem tego było, gdy pojechałam posłusznie katechistom, na skrutacje i tam zaczęły się podteksty „może porozmawiaj później bliżej z xxx, myślę, że to może być ktoś dla Ciebie”.

Serio… tak powiedział do mnie jeden z prezbiterów.

Porozmawiałam… posłusznie. Dałam mu chwilę. Okazało się, że odrzucili go z Redemptoris Mater i szuka pomysłu co dalej robić. Wtedy pomyślałam, że to jakaś lipa.

Owszem skrutacje, wspólnota, modlitwa dużo mi dawały. Świetnie czułam się we wspólnocie, ale nagle jakby… ktoś próbował mnie nie tylko ustawić, ale pogrążyć. 34 latek po dłuższym pobycie z seminarium zostaje wywalony, bez pracy, bez pomysłu na siebie, „Bóg zobaczy, przewidzi”.

I ja, młoda, energiczna kobieta, dobrze radząca sobie w pracy i mająca zainteresowania.  I wiecie, to on jest tym dobrym kandydatem, a ja już „przechodzona”.

To się nie mogło udać. Zaczęłam coraz bardziej sceptycznie podchodzić do Neo… Zaczęłam stopniowo coraz mniej chodzić, najpierw opuszczałam liturgie i przygotowania… Pomyślałam, że „wystarczą tylko Eucharystie”. W końcu powiedziałam ostateczne STOP.

Po wyjściu

Chociaż bracia pisali do mnie i kontaktowali się… A to pretekst wyjścia na kawę, ale najczęściej kończyło się tak samo „nie myślałaś, by przyjść na Eucharystie?” no i nieustanne „czekamy na Ciebie”.

Moje życie ułożyło się na kościele parafialnym. Tym okropnym według katechez, gdzie nic się nie dzieje. Spotkałam na parafialnej pielgrzymce mężczyznę, żyjemy razem, jesteśmy po ślubie.

Nic z tego co mówili katechiści nie sprawdziło się. Dlatego chcę „zaświadczyć”, że życie po neokatechumenacie też istnieje. Mało tego, może być piękne. Realizuje swoje pasje, zamiast oddawania blisko tysiąc złotych na dziesięcinę – co miesiąc mogę realizować siebie na różne sposoby z mężem. Kościół parafialny i „zwykła” msza dają mi szczęście. Nie czuję się samotna i nie mam z tym problemów.

A wiesz dlaczego tu trafiłam? Kolejna eks-siostra napisała do mnie z podejrzeniem „masz coś z tym wspólnego?”. Więc chyba niektóre osoby węszą. 😉 Może te kilka słów pomoże tym, którzy boją się wyjść poza Drogę.

Pozdrawiam

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *