Czasem mam wrażenie, że każda historia neońska jest taka sama. Niektórzy jedynie boją się przyznać sami przed sobą w jakim bagnie żyją. A może to oni są wybrani? – rozpoczyna historię Maria – czytelniczka, która odeszła z Drogi na etapie Redditio Symboli.

Początki na Drodze
Na Drogę wstąpiłam z przymusu i bezmyślnie – za sprawą rodziców. Jako jedna z 6stki dzieci rodziny neońskiej. Tata wysłał mnie na katechezy, a dla mnie było to coś naturalnego. Jako nastolatka lubiłam wspólnotę, było to miejsce spotkań wielu moich znajomych, kolegów i koleżanek, które znałam od najmłodszych lat.
Potem we wspólnocie było różnie, raz gorzej, raz weselej.
Etapy pierwszego i drugiego skrutynium – przeżyłam raczej bezboleśnie. Z racji wieku nie byłam dręczona pytaniami o to, kiedy znajdę sobie męża i jak wygląda moja seksualność. To było przede mną. Nie miałam też wielu rzeczy na sprzedaż. Ot co – był to czas raczej spokojny.
Potem jako młoda kobieta wyszłam za jednego brata z innej wspólnoty. Dobrze się rozumieliśmy, byliśmy szczęśliwi w etapie narzeczeństwa. Naturalne było to, że po ślubie – będziemy chcieli mieć od razu dziecko. Jak na neonów przystało.
Tym bardziej, że on był współodpowiedzialnym, rozmawialiśmy nawet o tym, że może kiedyś pojedziemy na misje. Jak Pan Bóg pozwoli.
Kryzys we wspólnocie
Życie szybko zweryfikowało te kwestie. Szybko urodziłam dwójkę dzieci. Było ciężko.
Mąż zaczął się ode mnie oddalać – najpierw tłumacząc wszystko zmęczeniem (a ja nie byłam?), pracą. A potem… tym, że moje trudności to krzyż kobiety. Tak ma być.
Przestaliśmy się dogadywać przez jego fundamentalizm. Zaczął być dla mnie oschły. Potem wyjechał na konwiwencje regionalną – jak się okazało to tam napił się z jedną z sióstr z innego miasta.
Na konwiwencji regionalnej zawsze dawało się w czajnik – kto temu przeczy, ten jest kłamcą i tyle. Zwykle przemycało się alkohol w plecakach, torbach i po ostatnich katechezach zaszywało w jakiejś części hotelu z dala od katechistów i bawiło do 3 w nocy.
Dla męża to było naturalne i najwyraźniej wtedy poszedł o krok dalej. Po powrocie nie powiedział od razu o wszystkim. Zaczął być bardziej radosny, z kobietą uciął kontakt. Miał poczucie winy i zaangażował się chwilowo mocniej w rodzine.
Katechiści wrócili na wprowadzenie w modlitwę – potem – po kilku miesiącach mąż wyjawił prawdę.
Katechiści dowiedzieli się o sytuacji, powiedzieli – zgodnie z wieloma katechezami – że muszę akceptować zdradę męża i jego niedoskonałość.
Super.
Byłam z trzecią ciążą, miałam męża rozpustnika oraz kolejny krzyż.
Na Redditio miałam mówić o swojej wierze, ale nie mogłam powiedzieć o swoich doświadczeniach ze wspólnot. To było by gorszące. Nie mogłam chwalić się swoimi cierpieniami (jak to się mówi – chwalebnym krzyżem). Musiałam to znieść.
Ja juuż nie potrafiłam. To było silniejsze ode mnie – nie chciałam kłamać przed ludźmi, że Bóg mnie kocha, bo kompletnie to nie było moje doświadczenie wiary.
Po wielu latach na Drodze zdałam sobie sprawę, że to wszystko było po nic, bo nikt mnie nie rozumiał. Czułam się sama, skazana na poddaństwo mężowi i katechistom. Nie miałam żadnej wolności, o której mówiła Carmen i Kiko!
Dlatego zdecydowałam się odejść i zostawić męża – sama musiałam zacząć żyć na własną rękę. Maż finansowo wspiera dzieci, ja staram się je utrzymać przy sobie i z dala od Drogi.
Małżeństwo na Drodze Neokatechumenalnej
Nie mam doświadczenia, że Droga ratuje małżeństwo. Może tak ktoś miał? Nie wiem… Ja poczułam się opuszczona, psychicznie zniszczona. Każda liturgia i konwiwencja, to było znęcanie się nade mną, ocenianie mnie, mojego macierzyństwa.
Każdy etap to było osaczenie przez katechistów i słuchanie rozkazów – jak mamy żyć, jak modlić, jak uprawiać seks.
Podczas gdy w obronę był brany tylko mój mąż.
Chcesz podzielić się relacją?
Napisz na wyznanianeo@gmail.com

Dodaj komentarz