Nazywam się Grzegorz i chciałem się podzielić swoją historią z Drogi Neokatechumenalnej, na której byłem prawie 10 lat. W sumie długo żyłem w przekonaniu, że coś się zmieni, że w końcu znajdę tam swoje miejsce, ale rzeczywistość okazała się inna. Nie będę się rozwodził, ale cieszę się, że mogę to opisać.
Gdy pierwszy raz poszedłem na katechezy, miałem trochę ponad 30 lat i byłem po rozwodzie. Źle się z tym czułem, tym bardziej że w Kościele wciąż dyskutowano o takich jak ja. Mimo to poszedłem, bo kolega z Neo mnie namówił, mówiąc, że to miejsce dla ludzi, którzy są zagubieni i z problemami. Pomyślałem, że to może być coś dla mnie. Chodziłem regularnie, bez narzekań. Byłem na pierwszej konwiwencji, słuchałem. Wszystko wydawało się w porządku, aż do momentu, gdy wybierano odpowiedzialnych. Wtedy poczułem się odrzucony – okazało się, że ważniejsi są małżonkowie i „samotnicy”. Zignorowałem to, myślałem, że to kwestia pokory i poszedłem dalej.
Z czasem jednak zaczęło mnie dręczyć coraz więcej pytań. Na jednej z konwiwencji z katechistami zadałem kilka z nich – o Maryję, Eucharystię, nawet o świece na ołtarzu. Zamiast odpowiedzi usłyszałem: „Dlaczego cię to interesuje? Droga jest zatwierdzona przez Kościół”. Nie dostałem żadnych konkretnych odpowiedzi.
W końcu, po długim czasie, zaczęły się tzw. „gorące krzesła” na Drugim Skrutinium. To wtedy poważnie zacząłem dystansować się od wspólnoty. Spotkałem znajomego księdza i opowiedziałem mu o tym, co tam się dzieje. On był w szoku, bo nie miał wcześniej kontaktu z Neo. Nawet zaprosił innego brata ze wspólnoty, żeby ten potwierdził moje słowa. Ten też opowiedział o sytuacjach, które były omawiane na blogu – zerwanie relacji, namawianie do większych datków i teksty typu: „To próba od Boga”.
W mojej relacji powiedzieli mi jedynie, że mam prosić żonę o przebaczenie. Dyskusja była burzliwa bo… to ona mnie zdradziła i naprawdę wtopiłem się w to małżeństwo. Kochałem ją, starałem się o nią przez kilka lat, ale stało się inaczej. Naprawdę nie miałem sobie nic do zarzucenia, przepracowałem to na terapii i tak też mówili przyjaciele. Mój psycholog też powiedział, że nie powinienem siebie zadręczać, a ja byłem bliski kolejnego upadku i depresja pukała do drzwi po raz kolejny, tak jak po rozwodzie.
Zrozumiałem, że to nie dla mnie, i szybko się odsunąłem. Znajomy ksiądz próbował coś z tym zrobić, ale w kurii go zignorowali. Piszę to, bo mimo wszystko, ciągle ktoś z Neo do mnie dzwoni, zachęca do powrotu. Na ulicy spotykają mnie i mówią: „Może wpadłbyś na Eucharystię?”. Od dwóch lat tak się to ciągnie, a ja ciągle odmawiam.
Dlatego znów poszperałem czegoś i trafiłem na tą stronę. Przesłałem im – oni jak zwykle, że to kłamstwa.
I tak to się toczy od ok 2 lat.
Dodaj komentarz