wyznanie neokatechumenat

Wyznania Starego Neona

Udostępnij nasze działania

W tych wyznaniach jest naprawdę wiele treści. Od osobistych wrażeń, wiele spostrzeżeń, dużo wskazówek dla Was… Zapraszam do listu od kolejnego z braci.

wyznanie neokatechumenat

Wyznania Starego Neona

Pojawienie się tego bloga pozytywnie mnie zaskoczyło. W zasadzie brak jest rzeczowej krytyki Neokatechumenatu. To, co można znaleźć w Internecie, to:

–  żale prawidłowo „naciętych” przez katechistów członków wspólnot (najczęściej podczas I czy II Skrutinium), którzy własne problemy/niedoskonałości/tematy do przepracowania projektują na tych, którzy im je wskazali (czyli na katechistów, tudzież wspólnotę),

 – wypowiedzi ludzi związanych z Kościołem (nawet na jakiś konferencjach naukowych dotyczących sekt – np. na Youtube), którzy nie mają zielonego pojęcia o Neokatechumenacie, stąd ich analizy i oceny są bardzo powierzchowne oraz naiwne,

– zastrzeżenia środowisk, nazwijmy to skrajnie tradycjonalistycznych, skupiające się na tematach liturgii (np. komunia na rękę) czy zapożyczeniach/nawiązanych do innych wyznań chrześcijańskich, zwłaszcza protestantyzmu,

– żale „letnich” katolików (w tym księży), którym kontakt z radykalizmem neo uświadamia, że są hipokrytami, i tak na prawdę nie wierzą w to, co głoszą i wyznają.

Z drugiej strony pełno jest wpisów, artykułów (także w mainstreamowej prasie katolickiej) gloryfikujących Neokatechumenat i usprawiedliwiających go na wszelkie możliwe sposoby (np. : „Te wkurzające neony…” itp.).

I jedno, i drugie, moim zdaniem, przekłamuje rzeczywistość.

Jedyna, według mnie, sensowna analiza, i to sprzed 30 lat, to Uwagi dotyczące Neokatechumenatu” ks. prof. dr hab. Andrzeja Zuberbiera. Łatwo ją znaleźć w sieci, a to, co dotychczas na tym blogu napisano, i to co napiszę poniżej, w zasadzie się w niej zawiera.

Ja odszedłem (poważnie się zdystansowałem?) przeszło rok temu, na bardzo późnym etapie Drogi, po dwudziestu kilku latach spędzonych w Neokatechumenacie. Chyba niewiele mi już zostało do „końca”. Oczywiście impulsem do tego był kontakt z obecnymi katechistami, ale nie w tym rzecz. Przez  ponad dwie dekady wiele było u mnie zwrotów akcji, odejść, powrotów. A to ktoś ze Wspólnoty coś powiedział, a to powiedzieli mi coś ówcześni katechiści – zwłaszcza na II Skutinium, a to „świat” za bardzo wciągał i wymagania katolicyzmu odrzucałem. Droga jest radykalna. Człowiek się wściekał, obrażał, winił innych, jednak w końcu przyznawał rację, czy to Bratu, Siostrze ze Wspólnoty, katechiście, Kościołowi. Bo mówili prawdę. Bo Neokatechumenat dobrze opisywał rzeczywistość, która mnie otaczała.

Tym razem, co wciąż bardzo mnie dziwi i w jakiś tam sposób zaciekawia, jest inaczej. Oberwało mi się „po neońsku”. Już nieważne za co. Ale minęło wiele miesięcy, w zasadzie lata, a ja wciąż uważam, że moi obecni katechiści nie tylko „przestrzelili”, ale też zachowali się bezdusznie, mechanicznie i chamsko. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot ja czy któryś z katechistów miał gorszy dzień, jesteśmy tylko z ludźmi (wg neońskiej nowomowy: „grzesznikami” 😊) itp. Ale coś we mnie pękło. Coś dało mi kopa. Coś zmusiło do poszukiwań. Do ponownego, po wielu latach „włączenia” krytycznego myślenia. Pewnie każdy zna to jedyne w swoim rodzaju uczucie, kiedy wiemy, że już nic nie będzie takie samo. Po rozmowie (znaczy się inkwizycyjnym „przesłuchaniu” 😉) z katechistami nawet zastosowałem się do ich (za)poleceń; jak to się mówi w neo: „wszedłem w posłuszeństwo”. Jednak nie czułem się już na właściwym miejscu. Ani nie miałem pokoju. Coś było nie tak. W głowie pojawiały się pytania. Czy to mój grzech/niedoskonałość/nieposłuszeństwo/”brak robienia drogi”😉, których nie chcę uznać, czy też grzech/niedoskonałość katechisty mnie rugającego, sprawiły mi ten ból, upokorzenie, poczucie bezsensownego wbicia w ziemię? Może mieszanka obu? A może coś jeszcze innego? Ale co? W końcu zacząłem dopuszczać myśl, pewne założenie, że problem może leżeć w strukturze Neokatechumenatu. Strukturze, która, poza wieloma pozytywnymi aspektami, rodzi też zło. Ten nasz specyficzny „mental”, którym się szczycimy, nazywając to radykalizmem, solą, posłuszeństwem, „wchodzeniem w krzyż”, w „umieranie Chrystusa”, „krzyżem chwalebnym” itp. To bezmyślne przyzwolenie, akceptacja – i to na forum publicznym wspólnoty – brutalnego, chamskiego i często mechanicznego ingerowania w czyjeś życie, na ślepo. Mam wrażenie, że to nadal jedyny sposób komunikacji i formacji, który zna Neokatechumenat. I nie chcę być tu źle zrozumiany. To zero-jedynkowe, skraje patrzenie na świat, i takie same traktowanie nas w neo, przez wiele lat było dla mnie pomocne. Kiedy człowiek jest mocno zagubiony, niepoukładany, skrajności są łatwym drogowskazem. Pomagają stosunkowo szybko w formacji, pomagają szukać szczęścia bez zbędnej straty czasu. Pomagają owo szczęście w życiu (tym – i mam nadzieję – Przyszłym) osiągać. Bo chyba o szczęście ostatecznie chodzi, a nie o „robienie drogi” 😉? Ale co potem? Tylko to masz mi już do zaoferowania Neokatechumenacie?

Rozumiem, Kościół to szpital (gdzie ja to słyszałem 😉?). Więc przyszedłem do Niego przed laty ze złamanymi nogami. Wsadzono mi je w gips, unieruchomiono na długo. To nie było przyjemne, ale konieczne. Lecz celem było – abym chodził i biegał! Celem nie był twardy gips i unieruchomienie. A może w końcu te nogi zrosły mi się na tyle, że już mogę chodzić? Nieważne – wsadzimy ci w je w gips i ponownie unieruchomimy – zdaje się powtarzać Neokatechumenat. A może gorzej – ponownie połamiemy? Bo „nie robisz drogi…”

Tak bym to, nieco obrazowo, przedstawił.

Zaraz po moim „przesłuchaniu” Brat ze Wspólnoty, chyba starając się mnie pocieszyć, powiedział: „Nie przejmuj się. Na każdej Konwiwencji musi być jakaś ofiara…”. Lepiej tego, choć pewnie niezmierzenie, wyrazić nie mógł.

Serio? Naprawdę „musi”? Tu zapaliła się mi w głowie czerwona lampka.

Przypomniałem sobie potem jak ktoś, kiedyś, w skrajnie chamski sposób został wyrzucony z Liturgii, bo miał krótkie spodenki. Wspólnota była w szoku. Ale nikt nie zareagował. Taki zbiorowy syndrom sztokholmski (dla zainteresowanych – proponuję poczytać na Wikipedii).

Też miałem podobnie. W jakiś upalny lipcowy dzień, będąc cały dzień poza domem (obowiązkowa impreza rodzinna), w krótkich spodenkach musiałem jeszcze być na sobotniej Eucharystii. Musiałem być, bo byłem w grupie przygotowującej. Nie miałem się jak przebrać. Co prawda nie wyrzucono mnie, ale oberwałem, chamsko i mocno. Ciekawe doświadczenie. Ja, stary neon, z kilkunastoletnim stażem, po tych wszystkich skrutiniach, krzesłach na środku salki, przez wiele tygodni miałem wstręt przed wejściem do jakiegokolwiek kościoła. Zrozumiałem wtedy tych, którzy po kontakcie z jakimś spowiednikiem, kierownikiem czy guru odchodzą z Kościoła na wiele lat. Bo inaczej nie potrafią. Ja wróciłem. Dałem radę. Przecież byłem starym neonem. Dalej „robiłem drogę”. Oberwałem pewnie dlatego, że mi się należało. Zasłużyłem. To było dla mnie dobre 😉.

No i tak zacząłem poszukiwania, zaczęłam zadawać –  na razie sobie  –  trudne pytania. Zacząłem (wierzcie mi z trudem) krytycznie myśleć. Wróciłem do materiałów o neo, które są dostępne w sieci. Wróciłem, bo przed przeszło 20 laty, obawiając się, że trafiłem do sekty, trochę zgłębiałem temat.

I tu pewna uwaga. Dominikanie z Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach poważają ją jak mantrę. Autor niniejszego bloga też już to napisał. Uważam podobnie. Zadawanie pytania czy Neokatechumenat jest sektą jest bez sensu. To konkretna wspólnota (niekoniecznie religijna) może mieć cechy sekty, czy wręcz być sektą. A nie dana organizacja (np. Neokatechumenat) jako całość. Choć – z drugiej strony –  jeden z ojców otwarcie (choć dyplomatycznie) przyznał: „Doświadczenie pracy naszych ośrodków pokazuje, że w grupach charyzmatycznych czy neokatechumenalnych, w których istnieje bardzo mocna rola katechistów, częściej dochodzi do nadużyć” (zobacz: „Jak rozpoznać, czy twoja wspólnota lub lider mają cechy bliskie sektom?” https://pl.aleteia.org/2017/11/03/jak-rozpoznac-czy-twoja-wspolnota-lub-lider-maja-cechy-bliskie-sektom).

Jednym ze standardowych powiedzeń neońskiej nowomowy jest „wszystko w wolności”. Jednocześnie Liturgia, Masza Św. odprawiane są zwykle w formie kręgu, półokręgu. Przynajmniej w moich okolicach obsesyjnie wręcz wymaga się, aby pierwsze rzędy były zajęte. Pewnie dobrze. Akcentuje się w ten sposób Znak Wspólnoty. Nie ma w tym nic złego. Chodzi o coś innego. O sposób, w jaki zwrócono się kiedyś do młodszej wspólnoty, mniej więcej tak: „Bracia, ja was zapraszam, aby zająć miejsca na przedzie. Bez tego nie zaczniemy”. Zapraszasz czy każesz Bracie ? – chciałoby się odpowiedzieć. Przykład banalny – powie ktoś. Ale moim zdaniem dobrze obrazuje, jak często w Neokatechumenacie rozumiemy czyjąś (a może i naszą?) wolność.

W Sieci jest ciekawy artykuł – „13 sygnałów, że należysz do destrukcyjnej wspólnoty” (https://pl.aleteia.org/2019/10/18/13-sygnalow-ze-nalezysz-do-destrukcyjnej-wspolnoty). Polecam.

Zaraz po moim zdystansowaniu się do neo rozmawiałem telefonicznie z jednym Bratem, którego zresztą bardzo lubię i cenię. Uderzyło mnie, że w ogóle nie pozwolił mi dość do głosu, kiedy chciałem powiedzieć jakieś tam krytyczne uwagi o neo. Zamiast tego usłyszałem coś w rodzaju: „nie dezerteruj”. Znów zapaliła się czerwona lampka. Jednak pokutuje to dość powszechne przekonanie, że niemalże jedyną drogą do zbawienia jest Neokatechumenat. Zresztą  wcześniej, tych co odchodzili, sam traktowałem podobnie. Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka 😊.

Przypomina mi się też argument, który katechiści skierowali do osoby, która, z jakiś tam przyczyn, od dłuższego czasu nie płaciła dziesięciny. Brzmiał on mniej więcej w ten sposób: „Jeśli ty nie dajesz dziesięciny, ktoś we wspólnocie nie będzie miał za co chleba kupić”. Kolejna czerwona lampka. Przecież my odpowiadamy w pierwszej kolejności za utrzymanie swojej rodziny i siebie. Zrównywanie z tym obowiązkiem konieczności utrzymywania braci we wspólnocie trąci sektą.

Porozmawiałem w swoich wątpliwościach z innymi członkami wspólnot, tymi trochę bardziej, nazwijmy to, zdystansowanymi. Nasłuchałem się różnych historii. I zacząłem się zastanawiać: co to w istocie znaczy, że ktoś „robi albo nie robi drogę” i na jakiej podstawie odpowiedzialny wspólnoty ma to oceniać? Usłyszałem o tym, jak ktoś został stanowczo upomniany (chyba przez odpowiedzialnego), że nie powinien uczestniczyć w Passze w parafii, tylko w nocnej celebracji ze wspólnotą, usłyszałem, że ktoś miał całkiem poważnie twierdzić, że nie da dziecku jeść, ponieważ ono nie chce wyjść na drogę, usłyszałem, że ktoś stwierdził, iż nie chce się potykać się ze siostrami ze wspólnoty, ponieważ rozmawiają tylko i wyłącznie o porodach, ciążach i o Neokatechumenacie, poza nim nie widzą nic innego.

I tak sobie obserwowałem to moje zdystansowanie. Jednocześnie pojechałem na Konwiwencję roczną. A co tam, dam sobie szansę. Jednak nie usłyszałem niczego nowego. Wybrzmiało natomiast (kolejny już chyba raz) stanowcze przypomnienie przez władze Neo – wyższych katechistów, że obowiązuje zakaz jakiegokolwiek komentowania, wyrażania opinii itp. (i nie chodziło tylko o komentowanie czy wynoszenie Echa Słowa) o Neokatechumenacie w Internecie; od zgłaszania krytyki i problemów są bracia ze wspólnoty albo katechiści, nikt inny. Lampka rozbłysła jaskrawą czerwienią.

Każda organizacja, nie tylko religijna, która odrzuca feedback, nie ma – według mnie – dobrej przyszłości. Spróbujcie w swoim mieszkaniu czy domu zasłonić kratki wentylacyjne. Powodzenia.

Pamiętam, jak jedna z Sióstr rozpoczęła dodatkowy kierunek studiów. Taki o przedmiocie dość blisko powiązanym z wartościami akcentowanymi przez Neokatechumenat. Na przesłuchaniu przez katechistów to przeszło. Zastawiam się czy byłoby tak w przypadku rozpoczęcia przez Nią np. studiów MBA 😊?

 Po odejściu wybrałem się też z Braćmi ze Wspólnoty na jakiś wyjazd. Ot, taki luźny, z alkoholem. Alkohol rozwiązuje języki. Daje szczerość. Dlatego zgadzam się z ks. Andrzejem Zuberbierem czy z autorem „13 sygnałów, że należysz do destrukcyjnej wspólnoty”. Niestety. Większość członków Neokatechumenatu obsesyjnie nie dopuszcza jakiejkolwiek jego krytyki. Nie zapomnę wściekłych oczu jednego Brata (bardzo mi bliskiego) który wykrzyczał do mnie, że jestem (tylko?) śmiertelnikiem i mam o tym pamiętać. O uwagach innych Braci typu: „on ma rok do nadrobienia” nie wspomnę. Ale tą wściekłość w oczach ciężko zapomnieć. Choć, odkładając emocje na bok, ja sam do niedawna wszelką krytykę neo przyjmowałem podobnie. Jako atak na siebie i Kościół. To było we mnie wręcz organicznie wdrukowane. Znów – nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka 😊.

Przez te wszystkie lata zaobserwowałem też inną prawidłowość. Im bardziej „robiłem drogę” tzn. uczestniczyłem we wszystkim i byłem tym bardziej zmęczony, tym więcej ode mnie wymagano. I tym bardziej miałem poczucie (czy wręcz tak twierdzono), że owej drogi „nie robię”. Jeśli zaś traktowałem ją luźno – pojawiałem się rzadko – hołubiono mnie i dawano większy luz i spokój.

Jeśli ma się pogodzić te 2 czy wręcz 4 popołudniowe spotkania w tygodniu z pracą i rodziną, nie zostaje już czasu i siły na nic innego. A jeżeli dojdzie do tego weekendowa konwiwencja, to w zasadzie niemożliwe. Uważam, że zapis w Statuach Drogi dotyczący udziału jej członków w życiu parafii to fikcja. Nie da się tego zgrać ze względów logistyczno-czasowych.

Logistyka w neo, przynajmniej w moich rejonach, to jeszcze jeden osobliwy temat. Na kilku wyjazdach przez te lata byłem. Niektóre z nich – do innego kraju, na inny kontynent. Często nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w Neokatechumenacie zawsze musi być pod górkę, ciężko, niezgranie. Jak to już ktoś napisał – dobry neon, to smutny neon. Ja bym dodał – dobry neon, to wykończony neon. Z kolei zły neon to człowiek spędzający dobrze i miło czas w jakimś dalekim i pięknym kraju. Krzyż dla samego krzyża. Bo obowiązkiem chrześcijanina jest cierpienie. Dla zasady 😉.

O bezmyślnym kopiowaniu hiszpańskich standardów logistycznych oraz rozkładu dnia (oni przecież maja sjestę, a potem toczą życie do późnych godzin wieczornych) nie ma co się rozpisywać. Polska to zimny północny kraj. Z krótkimi wieczorami przez 1/3 części roku. Do dzisiaj się zastanawiam czemu Liturgię II Skrutinium koniecznie musieliśmy mieć późną zimą, w środku tygodnia, po pracy, a Agapę po niej – do późnej nocy. Byłem na Agapie tak zmęczony, że marzyłem wyłącznie o łóżku, zamiast cieszyć się ukończeniem Etapu.

Ostatnio jedna osoba, również były członek neo, stwierdziła, że w jej byłej wspólnocie, duża część z tych, co zostali, ma depresję. I jakoś to się u nich nie zmienia. Nie wiem ile w tym prawdy (bo opieram się na jej słowach), ale uważam to za warte odnotowania. Osoba ta dodała, że dopiero teraz, po odejściu z neo, nie ma poczucia winy, że w ogóle żyje.

Po wyżej opisanym, inspirującym mnie przesłuchaniu (znaczy „zjebce” katechistów 😉) jedna osoba z Mojej Wspólnoty stwierdziła, że w takim razie ona nie będzie im mówić prawdy, będzie mówić tylko to, co chcą usłyszeć. Że po tym, jak mnie potraktowano, nie będzie przed nimi szczera. Powiedziała to osoba po dwudziestu kilku latach na Drodze. Moim zdaniem to nie ma sensu. Albo się jest szczerym, albo szkoda czasu na Neokatechumenat. To być może pewien rodzaj komentarza do wpisu na blogu: „Katechiści swoje, my swoje”.

Jeszcze jedno mnie zastanawia. Przez ostatnie lata kilka razy uczestniczyłem w corocznych Mszach Św. będących w istocie spotkaniem Neokatechumenatu  naszej diecezji z lokalnym Biskupem. Biskup ów, zawsze na kazaniu, w sposób wręcz łopatologiczny, akcentuje posłuszeństwo Kościołowi i zachęca do angażowania się w życie Parafii. Dlaczego On się tak powtarza? To chyba pytanie retoryczne.

I tak sobie funkcjonuję, drugi już rok, bez Neokatechumenatu. Trwam w Sakramentach. Trwam w Kościele. W momencie odejścia (czasowego znacznego zdystansowania się?) pojawiło we mnie przekonanie, że Neokatechumenat będzie musiał się zmienić. Być może jest to wyłącznie subiektywne odczucie i to ja mam problem. Nie wiem. W sumie ma to niewielkie dla mnie znaczenie. Napotkałem ten blog i  poczułem wewnętrzne przynaglenie, aby napisać kilka uwag, dorzucić swoje trzy grosze. Nie robię tego z „miłości do Drogi”, choć bardzo cenię Neokatechumenat i jestem za niego wdzięczny Bogu. Nie walczę o „uratowanie Drogi”. Nie polecam nikomu Neokatechumenatu, ani też go nie odradzam. Dla mnie to tylko narzędzie. Będące Wielkim Darem, ale jednym tylko spośród wielkiej ilości ruchów w Kościele Katolickim. To ruch o specyficznym charyzmacie. Uważam, że tego charyzmatu w jakimś stopniu doświadczyłem. Doświadczyłem Boga, który potrafi poważnie zaingerować w moje życie, który „chwyta mnie z tyłu, atakuje z przodu, a jednocześnie położył na mnie swoją rękę”, który ma moc dać mi wspaniałą Rodzinę, Żonę, Dzieci. Doświadczyłem tego specyficznego prowadzenia Ducha Świętego, którego – jak sądzę – można doświadczyć tylko w neo. Długo by pisać. I często nie było to łatwe doświadczenie. Doświadczyłem Krzyża. Uważam jednak, że na krzyżu, cierpieniu, zmaganiu życie się nie kończy. Można to akcentować bez końca, tylko czy nie zakłamuje się w ten sposób rzeczywistości? W zależności jak na to spojrzeć – szklanka jest albo do połowy pusta, albo pełna. W neo powiedzieliby raczej, że do połowy pusta. Ja teraz wolę widzieć szklankę do połowy pełną. Uczyć się nie cierpieć biedę (to miałem przez przeszło dwie dekady), ale obfitować. Przekonuję się, że jest to czasem trudniejsze, niż bieda. Przekonuję się, że często bardziej boję się sukcesu, niż porażki. To chyba zresztą nasz specyficzny narodowy problem. Narodowy „mental”. Bardziej boję się mieć dużo pieniędzy, niż ich nie mieć. Myślę że istnieje silna pokusa ukrycia swoich kompleksów, lenistwa, tchórzostwa, niechęci do wzięcia odpowiedzialności za siebie i innych, kraj, świat – pod płaszczykiem fałszywej pokory, posłuszeństwa, konieczności „dźwigania krzyża” itp. Struktura i model Neokatechumenatu tej pokusie sprzyjają. Tym bardziej w Polsce, gdzie często jeszcze uważamy się za gorszych od innych, skrycie nienawidzimy siebie i nie wierzymy, że cokolwiek może nam w życiu wyjść. I znowu – żebym nie został źle zrozumiany. Mam też doświadczenie imposybilizmu, słabości, niemożności zerwania z grzechem o własnych siłach, co bardzo akcentuje Neokatechumenat – i jestem za nie wdzięczny. Ale czy w tym wyczerpuje się Chrześcijaństwo? Nie wiem. Z drugiej strony, jeden z księży, przez lata zresztą z neo związany, już nieżyjący, zwykł w ostatnich miesiącach życia mawiać: „Nie mów, że Ci się nie uda, bo wtedy wpuszczasz demona do swojego życia”.

W tej chwili Neokatechumenat nie opisuje już dobrze mojej rzeczywistości. Wprowadzenia do Eucharystii typu: jesteś dla swojego męża/żony wyłącznie wrogiem i tylko Łaska Boża pozwala ci być dla niej/niego dobrym jakoś mnie nie przekonują. Moim zdaniem są nie do końca zgodne z prawdą. Stosunki społeczne stale ulegają zmianie, rozwija się psychologia, pedagogika, teologia itp. Jest coraz więcej neutralnej duchowo, czy wręcz chrześcijańskiej literatury psychologicznej, „samorozwojowej”, coachingowej. Świat wyraźnie przyspieszył. Polska to już zdecydowanie mniej zakompleksiony i szary kraj. Wracając co jakiś czas do neo mam poczucie duszności, zastoju, powtarzania w kółko tego samego. I tego bezmyślnego miażdzenia ludzi, bo tak trzeba. Tego „mentalu” ukształtowanego jeszcze w latach 80-tych (albo wcześniej), kiedy wspólnoty inwigilowała SB a Kościół odnosił się do nich niechętnie. Dla większości to już prehistoria.

Nie widzę nic złego w akcentowaniu grzeszności chrześcijanina, jego zależności od Boga, przemijalności. To element nauczania Kościoła, jak mi się wydaje, od samego początku. Prochem jesteś i w proch się obrócisz, mówi Księga Rodzaju. Bardzo porusza mnie ryt pogrzebowy Habsburgów o wielosetletniej tradycji (polecam szczególnie oglądnięcie na Youtube pogrzebu Otto von Habsburga z 2011 r. – syna ostatniego cesarza i posłuchania tego, co tam jest mówione). Jeden z katechistów chciał to chyba kiedyś, podczas którejś z etapowych katechez, ująć za pomocą figury retorycznej w rodzaju: „Myślisz, że ci się coś należy? A gówno ci się należy!”. Może i dobrze się wyraził (sami oceńcie), ale słuchanie w kółko – od dwudziestu kilku lat –  tego typu sformułowań chyba mnie już nie rozwija. Raczej cofa.

Z drugiej strony: „Jesteście bogami (…)”, mówi Psalm 82. Czyli, o ile dobrze rozumiem – jest w nas jakaś boskość?

„Nasz najgłębszy lęk nie wynika stąd, że czujemy się do niczego. Najbardziej boimy się tego, że jesteśmy niezmiernie silni. Nie przeraża nas ciemność, jaką w sobie mamy, ale blask. Zadajemy sobie pytanie: A kim ja jestem, żeby uważać się za ósmy cud świata, za takiego utalentowanego i błyskotliwego? A właściwie dlaczego masz się nie uważać? Jesteś dzieckiem bożym. Twoje umniejszenie wcale nie służy światu. Nie ma nic mądrego w tym , że będziesz się uważał za nic nie wartego, a inni wokół ciebie będą się czuli niepewnie. Mamy wszyscy lśnić, jak dzieci. Narodziliśmy się, aby głosić chwałę Pana, który jest w nas. Nie tylko w wybranych; we wszystkich z nas. I jeśli pozwalamy lśnić własnemu światłu, nieświadomie pozwalamy innym na to samo. Gdy wyzwalamy się z własnych lęków, samą swoją obecnością wyzwalamy innych”.

Tak wiem, powyższy cytat pochodzi z książki mocno dla katolika „podejrzanej” – tak chyba można wywnioskować z jej opisu w internetowych księgarniach (MARIANNE WILLIAMSON: „POWRÓT DO MIŁOŚCI”). Nie będę tego drążył. Książki nie czytałem i w tej chwili nie zamierzam. Cytat znalazłem w innej książce, która ostatnio wpadła mi w rękę. Ten akurat fragment poruszył mnie równie mocno, co ryt pogrzebowy Habsburgów. A więc można mieć do sprawy inne podejście…

Niedawno byłem na Eucharystii. I znowu – to wrażenie, że Bracia i Siostry, duża część z Nich, po prostu „stoją w miejscu”, było bardzo silne. Powtarzają w kółko to samo, te same stare i utarte formułki, bez głębszego ich zrozumienia, cierpią ciągle na to samo lub/albo tak samo. Ciągle mają depresję. Nie zmienia się u Nich nic. Z kolei w moim życiu zmieniło się dużo, choć oczywiście nie było łatwo. Zaryzykowałbym twierdzenie, że przez ostatni rok nigdy nie byłem tak szczęśliwy, nigdy nie traktowałem życia tak poważnie, nigdy nie rozwijałem się tak szybko. Podzieliłem się tym z pewną Siostrą, która wpierw spytała: „Co u ciebie?”, a potem, nie czekając na odpowiedź, dodała coś w stylu: „dobrze wrócić do Wspólnoty, co nie?”. Moja riposta wprawiła Ją w wyraźną konsternację. Ale riposta była szczera.

Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów –powiedział podobno Albert Einstein.

Potwierdzam też to, o czym ktoś już na tym blogu wspomniał. W moim mieście nowe wspólnoty też zawiązują się rzadko, są nieliczne, a tworzą je w dużej mierze dzieci starych neonów. To co było 20 lat temu, a jest teraz, to przepaść.

Życzę każdemu szczęścia, dobrego użytku z wolności, jaką Bóg nam daje. Może niektórzy wrośli w to już zbyt głęboko? Może już inaczej nie potrafią, choć nie są w neo do końca szczęśliwi? A może są szczęśliwi właśnie w neo i tylko tam? A może – w końcu – w neo są mniej nieszczęśliwi niż poza nim i wszelka krytyka organizacji wywraca ich świat do góry nogami –  i jest przez to dla nich nie do zniesienia? Przecież nie przesadza się starych drzew. Nie wykluczam powrotu do Neokatechumenatu. Nie zamierzam bez powodu na stałe się zacietrzewiać. Jestem też ciekaw co będzie z blogiem, do którego piszę. Trochę martwi mnie częstotliwość i wysp kolejnych wpisów, które hurtowo atakują wiele aspektów Neokatechumenatu. To zawsze rodzi ryzyko przestrzelania, niesprawiedliwych ocen, nadmiernego subiektywizmu. Tu chyba nie chodzi o autopsychoterapię Autorów/Autorek (Autora/Autorki?) tych wpisów, ale o próbę rzeczowego zdiagnozowania bolączek neo. A tych jest sporo.

Być może „kierowani przez demona” „niszczymy Kościół”, bo powinniśmy „być posłuszni”, a neo powinno prać swoje brudy we własnym gronie. Jakoś w to nie wierzę. A może warto wsłuchać się w choć w niektóre uwagi ? Z tego, co pamiętam (bo często się powtarza tą historię w neo), Carmen przebywała pierwotnie w jakimś zgromadzeniu sióstr i próbowała tam zaszczepić nowego ducha, lecz została odrzucona. Odeszła potem, a wraz z nią Duch.

Czas pokaże.

Komentarze

3 odpowiedzi do „Wyznania Starego Neona”

  1. Awatar DorKa
    DorKa

    Dziękuję Ci. To bardzo ciekawe doświadczenie. Bardzo bliskie mi jest Twoje spojrzenie. Ja jestem w neo bo dużo mi to daje. Jestem krytyczna i uważna, mam luz na to, że zawsze mogę odejść. W mojej wspólnocie nie traktuje się źle braci, ktorzy odeszli.
    Naprawdę cieszę się, że trafiłam na Twój wpis

  2. Awatar Maglosia
    Maglosia

    Co masz na myśli mówiąc o specyficznym prowadzeniu Ducha Świętego, którego można (chyba) tylko doświadczyć w neo? Ciekawi mnie to, bo mam doświadczenia raczej „charyzmatyczne”, jeśli mam to jakoś przynaleznosciowo określić, i ciekawa jestem, na ile to jest zbieżne.

    1. Awatar Stary Neon
      Stary Neon

      Małgosia. Nie potrafię tego opisać. Uważam, że to trzeba samemu przeżyć.
      Aczkowliek jest taki stary kawał o tym, że spotyka się neon z charyzmatykiem. I charyzmatyk mówi: „Wiesz, przez 20 lat moczyłem się w nocy i przez 20 lat modliłem się, aby Pan mi to zabrał. I stał się cud. Już nie moczę się w nocy”.
      A neon na to: Jak też przez 20 lat moczyłem się w nocy i przez 20 lat modliłem się, aby Pan mi to zabrał. I stał się cud. Zaakceptowałem to.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *