Kilka osób w mailach niemal wywołało mnie do dyskusji. Co sądzę o podcaście, w którym Agata Rujner wraz z ekipą prowadzących starła się (odrobinę) ze zwolennikiem Drogi? Cóż… odpowiem krótko, i troszkę nietypowo.
Ksiądz… to nie świecki lider i katechista
Po pierwsze Droga jest wspólnotą bardziej świecką niż klerykalną. Oficjalnie, w praktyce… księża są… kurcze jakby to lekko powiedzieć… faworyzowani. Możemy mówić o równości, ale ostatecznie bijemy im często brawo po Eucharystiach, cieszymy się, że przychodzą itp. itd. No i nie czepiamy się tak jak innych. Bo przecież obrażony ksiądz to problemy, to brak Eucharystii itp…
Dlatego to, że ksiądz z Drogi „nie miał takiego doświadczenia” nie oznacza, że takich doświadczeń nie ma globalnie. Jego wypowiedzi były bardzo dyplomatyczne i pełne uników. Ogólnie można podsumować to takim dialogiem:
– Na Drodze spotkałam takie i takie nadużycie
– Ja tego nie spotkałem, myślę, że odkąd odeszłaś to już się zmieniło
– Ale ja o tym słyszałam też wczoraj
– Ale to nie moje doświadczenie
I tutaj wypada znów odnieść się do mojego wylewu żali w tekście „to tylko pojedynczy przypadek”. To ta sama narracja. Zawsze jest to „gdzieś tam” jakiś pojedynczy przypadek, ludzkie zdarzenie, ludzka kruchość…
Więc ten wątek zamknijmy…
Ważne głosy od p. Agaty
Agata Rujner podniosła bardzo ważne kwestie. Po raz pierwszy w debacie i w mediach oficjalnie wybrzmiały następujące głosy:
– Rzekoma „wolność” podczas Drugiego Skrutinium
– Proszenie o wybaczenie oprawców/tych, którzy nas skrzywdzili
– Wyrzekanie się szatana
– Autorytet i posłuszeństwo katechistom
– Poświęcanie dużej ilości czasu i ew. zaniedbywanie dzieci (parentyfikacja).
Dziękuję. To naprawdę było potrzebne.
Kika głosów z dyskusji
Ciężko mi coś własnego sformułować. Cieszę się, że powstała taka dyskusja. Jednocześnie chciałbym, by kilka historii z komentarzy wybrzmiało również na tym blogu. Dlatego pozwoliłem sobie skopiować i zapraszam do lektury (pisownie oryginalne):
Hannachmielewska7579 – od lęku przez terapie:
Bardzo dziękuję Wam za ten podcast, miałam podobną historię związaną z neokatechumenatem jak Agata. Zaczynałam Drogę w wieku 16 – 17 lat i skończyłam ją koło 25 roku życia. W czasie Drogi często słuchałam katechistów, świadectw bezkrytycznie, ponieważ mówiono, że to co mówią to działanie Ducha Świętego, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Mówiono, że ważne jest, żeby często uczestniczyć w liturgiach, eucharystiach itp itd. Chciałam być posłuszna Bogu, nie być w jakiś sposób potępiona przez co często zmuszałam się szczególnie do konwiwencji wyjazdowych, które wywoływały we mnie ogromne napięcie, lęk. Nie spałam na tym wyjeździe w nocy. Myślałam, że te negatywne dolegliwości są związane z działaniem szatana. Mama też jest w neo także też kontrolowała to czy uczęszczam na spotkania. Dopiero dzięki terapii, w której okazało się, że mam nerwice ( ona akurat nie z powodu neo się pojawiła) i terapeutka chrześcijańska też mi wyjaśniła wiele rzeczy dotyczących wiary, zaczęłam bardziej chcieć poznawać Boga przychodzić z własnej woli do kościoła, słuchać różnych katechez. Terapia uratowała moją relacje z Bogiem i moje małżeństwo i patrzenie na nie. Nie wróciłam do Neo, bo nie wiem czy po tym wszystkim co było tam powiedziane w stosunku do mnie, tego, że moje małżeństwo nie będzie dobre, bo mam męża który nie chodzi do kościoła czy ja bym dala rade to wszystko udzwignąć psychicznie. Oczywiście jest też wiele pięknych rzeczy w neo pieśni, to zaangażowanie wszystkich w Eucharystie, skrotacja pisma świętego, poznałam wiele też fajnych ludzi. Ale jestem na etapie, że już nie chce, żeby ktoś czyli katechiści mówili jak mam żyć. Wole poprzez kontemplacje, pismo Święte i katechezy, które ja wybieram rozeznawać wolę Bożą. Nie dziwię się Agacie, że tak pięknie rozwinęła się jak teolog po tym co przeszła. Też po moim doświadczeniu zastanawiałam się nad studiowaniem teologii, niestety z dwójką małych dzieci i pracą nie dalabym rady. Cudownie Agata, że jesteś i dziękuję Ci bardzo za Twoje świadectwo, w którym tak bardzo sie odnajduje. Dziękuję też reszcie, że razem stworzyliście ten odcinek i że w tym wszystkim starliscie się, aby ra tresc była obiektywna.
Agnieskaszulc9545 – była katechistka ze zniszczoną rodziną:
Byłam na Drodze 25 lat, przechodziliśmy jako wspólnota do trzech parafii w tej ostatniej zostaliśmy najstarszą. Mąż główny kantor, ja zaraz po nim. Od początku byliśmy katechistami. Na Drodze byłam 16 razy w ciąży, urodziłam dziesięcioro dzieci i jedno po odejściu ze wspólnoty. Odeszłam jakieś 8 lat temu. Z tego powodu mam piekło w domu i rozpoczęty rozwód bo tak się nie da żyć. Potwierdzam wszystkie nieprawidłowości o których mowa w tej rozmowie. Skrypty musiały być pilnie strzeżone, żeby nawet nie leżały na wierzchu w domu. Katechez uczyliśmy się na pamięć, jak ktoś miał problemy z pamięcią to stał i dukał. Po katechezach było rozliczanie bardziej lub mniej miłosierne w ekipie, nt. tego, co nie zostało powiedziane. Trzeba było mówić przez pół godziny albo całą co łatwe nie jest. Dorzucę kawałek swojej historii. Na jednym z ostatnich etapów ksiądz z ekipy na cały region do kobiety bitej przez męża chorego psychicznie ( był naszym sąsiadem) powiedział: „gdybym był Twoim mężem sam bym cię prał”. Do mnie powiedział że nie pomoże mi ani psycholog ani egzorcysta ani Jezus Chrystus bo On uzdrawiał tylko tych co mieli wiarę a ja nie mam wiary i jestem wrogiem Krzyża Chrystusowego. My też zostawialiśmy dzieci tak ok 5 razy w tygodniu kiedy głosiliśmy katechezy. Bo każdą katechezę trzeba było najpierw czytać w ekipie no i oddzielne spotkania to same katechezy dwa razy w tyg. Znalezienie niańki dla takiej ilości dzieci było dużym wyzwaniem. Na początku byli werbowane były siostry z naszej wspólnoty i z młodszych, potem już nikt nie chciał i angażowaliśmy swoje dzieci. Tak po latach wiem że to parentyfikacja. Ale było nam powiedziane że dzieci przez to mają zobaczyć kto jest dla nas najważniejszy – najpierw Bóg a potem dzieci. Tyle że Boga utożsamiano z Drogą. W chwili obecnej żadne z dzieci nie jest w Kościele.
Katfras – słowo od psychoterapeutki
To ja też dorzucę moje świadectwo. Na Drogę trafiłam w wieku 17 lat, w trakcie trudnego rozwodu rodziców, w który zostałam uwikłana emocjonalnie. Droga na tamtą chwilę pozwoliła mi mieć grupę, do której należę, nie czuć się samotną, zbudować relacje, z których niektóre, choć nieliczne, trwają do dzisiaj. I to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. Pod wpływem nieprzepracowanych problemów w mojej rodzinie zaczęłam mieć depresję i zaburzenia lękowe – oczywiście narracja w owym czasie była jasna – Bóg mnie uzdrowi, żadne tam terapie. Na szczęście nie posłuchałam. Mojego stanu nie polepszało spędzanie setek godzin w neo, zaniedbując codzienność, studia, swoje zdrowie. W międzyczasie przeżyłam traumatyczny zabieg operacyjny ratujący życie, po którym bardzo długo z powodu lęku dochodziłam do siebie – usłyszałam, że brak mi wiary, skoro Bóg mnie uzdrowił, a ja się boję. 😉 Moja zdrowa część wywalczyła sobie w trakcie studiów psychoterapię Gestalt na NFZ – i tak zaczęła się moja powolna droga do zdrowienia. Już w trakcie terapii postanowiłam wyjechać na rok za granicę na Erasmus – wszystko zorganizowałam sama, bo rodzice byli schorowani i zaangażowani emocjonalnie w swój konflikt. Kiedy się wreszcie udało i usiadłam na Piazza del Popolo w Rzymie, poczułam, że wreszcie żyję. Niedługo później dostałam telefon od odpowiedzialnego wspólnoty – że na konwiwencji powiedziano wyraźnie, iż Erasmus to zło, źródło niebezpieczeństwa i rozpusty, i powinnam rozważyć powrót do Polski. Gdybym tego nie olała, straciłabym najpiękniejszy okres mojego życia, by osobom w sekcie zrobić dobrze rezygnacją z tego, co było owocem lat mojej nauki i pracy – zagranicznym stypendium. Następnie poznałam mojego męża. Były głosy, że niedobrze, że nie z neo, a jak. Tutaj nie kończy się przygoda – w międzyczasie się pobraliśmy, a ja wyuczona latami próbowałam wprowadzić w nasz związek życie neo i wspólnotę. Co „dziwne”, im więcej chodziliśmy na konwiwnecje, domowe Liturgie, im więcej słuchaliśmy o tym, jak to cudowne i ważne jest katolickie małżeństwo i rodzina, tym gorzej się miedzy nami działo. Dlaczego? Bo byliśmy dwójką, niedojrzałych emocjonalnie i poranionych osób, i naszym uzdrowieniem było dojrzewanie, psychoterapia, nauka dialogu, poczynając od nauki własnych granic, a one przecież nie istniały, będąc bombardowanymi sukcesywnie przez neo latami. Osoba, która jako praktycznie dziecko wchodzi do neo, nie będzie miała pojęcia o swoich potrzebach, o sobie, bo nie ma przestrzeni na to, aby im się przyjrzeć – jeśli jest więc dodatkowo z pokiereszowanej rodziny, to jak ma zbudować zdrowy związek? Czekając, jak sugerują katechiści, aż „zstąpi Duch święty”? Widziałam takich czekających – kończyło się to czekanie próbami samobójczymi, skrzętnie przemilczanymi, a szeroko obecnymi na Drodze. Ale ad rem. Przeszliśmy bardzo poważny kryzys z mężem, były tam terapie i dużo, dużo pracy. I przede wszystkim odejście z tego, co nazywam rzeczywistością sekty. Lata później poszłam do szkoły psychoterapii – w jej ramach na początku był również tzw. rok rozwojowy, będący poniekąd formą psychoterapii grupowej, która bardzo leczy rany zadane w dysfunkcyjnej grupie. To było odkrycie, że świat wokół może być nie zagrożeniem, jak się „uczy” na drodze, a wspierającym miejscem – trzeba „tylko” być świadomym, czego się potrzebuje i do kogo po te potrzeby sięgnąć. Wtedy zaczyna się tworzyć miejsce na miłość, nie wyświechtaną sloganami neonowymi, a prawdziwą. Dziś jestem już praktykującą psychoterapeutką. Można powiedzieć, że teraz, dopiero po dwudziestu latach rozkoszuję się życiem i relacjami z bliskimi. Moje prywatne relacje są karmiące, autentyczne, jakościowe. Nie ma tam miejsca na nadużycia, a jest dużo powietrza, wolności i akceptacji. (…)
Dodaj komentarz