W sieci krąży wiele tekstów na zagranicznych stronach. Jeden jest wyjątkowy. Publikuje go w dwóch częściach z racji na długość. Tekst pochodzi z angielskiej strony i przetłumaczyłem go dla Was. Miłego czytania!
Link do oryginału: https://origendeprincipiis.blogspot.com/2022/10/cognitive-restructuring-and.html
Nikt nie może opuścić Drogi Neokatechumenalnej
…z nienaruszonym sumieniem. Nie ma bowiem żadnego akceptowalnego powodu, by opuścić tę organizację.
Kiedy byłem w Neokatechumenacie, nauczyliśmy się współczuć tym, którzy odeszli, ponieważ odwrócili się od Drogi Zbawienia, na którą powołał ich Bóg. Oczywiście próbowaliśmy złagodzić to przekonanie, obwiniając innych: ci, którzy odeszli, musieli znaleźć się pod „złym wpływem”. Na początku mojego pobytu w Drodze pewna młoda kobieta nagle opuściła Wspólnotę. Rozeszła się wieść, że winny był jej chłopak, który „nie pochwalał” nowych ruchów religijnych. Po moim odejściu z Drogi usłyszałem pocztą pantoflową, że moja decyzja o odejściu z Drogi była winą mojej żony. Najwyraźniej łatwiej jest obwiniać zły wpływ osób z zewnątrz, niż przyznać, że członkowie mogą mieć uzasadnione powody do niezadowolenia.
Mój prezbiter neokatechumenalny (w neokatechumenacie księży nazywa się prezbiterami, a nie księżmi) głosił w homilii, że ci, którzy odeszli, to „ci, którzy dołączyli z niewłaściwych powodów”. Powiedział: „Niektórzy z was bez wątpienia odejdą, ponieważ zdadzą sobie sprawę, że to, co oferuje ta Droga, nie jest tym, czego szukali… Ci, którzy dołączyli z właściwych powodów, pozostaną”. Odejście było zatem nie tylko zmianą kierunku: było albo zdradą, albo przyznaniem się do długotrwałej hipokryzji.
Powiedziano mi, że ci, którzy odchodzili, zawsze źle sobie radzili w świecie zewnętrznym.
Wielu straciło wiarę chrześcijańską. Wielu powróciło do złych dróg, które prowadzili przed dołączeniem do Drogi: picia, narkotyków, rozpusty. Ci, którzy odeszli, nigdy nie byli wspominani w naszych zbiorowych modlitwach.
Ci, którzy odeszli po cichu, zostali po cichu zapomniani. Ale ci, którzy odeszli i ośmielili się krytykować, byli głośno oczerniani. Neokatechumenat nigdy nie próbuje odnieść się do istoty krytyki. Zamiast tego krąży lawina plotek ad hominem, oczerniając świadectwo krytyków. Pewna młoda kobieta, która odważyła się opowiedzieć swoją historię prasie, została uznana za osobę niestabilną psychicznie i „mającą problem z pieniędzmi”. Pewien młody mężczyzna, który postąpił podobnie, „zawsze odmawiał przyjęcia nauczania Kościoła” – ostateczne potępienie. Gordon Urquhart, który napisał książkę krytykującą Drogę, „był w końcu homoseksualistą z nieudanym małżeństwem”. Dochodzenie diecezji Clifton w sprawie Neokatechumenatu było „ustawioną robotą…, stronniczą od samego początku”.
Krytycy zaczęli zdobywać przewagę, tak jak w przypadku śledztwa w sprawie Cliftona. Nazwano ich „prześladowcami” i spotkali się z oficjalnym milczeniem („jak Chrystus”), ale także z całym mnóstwem zakulisowych plotek, plotek i zabójstw postaci (w przeciwieństwie do Chrystusa, sugerowałbym). Jest to poważny czynnik zniechęcający byłych członków („judaszy”) do opowiadania swoich historii. Moi byli katecheci wiedzieli więcej o niektórych moich historycznych grzechach i uchybieniach niż większość ludzi na świecie. I nie byli związani żadną przysięgą poufności. Niektóre plotki, które będą krążyć w odpowiedzi na tę relację, mogą być prawdziwe; inne będą kłamstwami. To, że nikt nie będzie wiedział, które z nich są prawdziwe, nie ma znaczenia dla Neokatechumenatu. Liczy się wrażenie nieomylności, którym Neokatechumenat jest przesiąknięty. To należy zachować, a ci, którzy temu zagrażają, muszą zostać zmiażdżeni.
Zarzuty, które padną
Tak więc, aby uprzedzić nieuniknioną odpowiedź ad hominem ze strony Neokatechumenatu. Przedstawiam tutaj dla waszej przyjemności kilka plotek na mój temat. Niektóre z nich są prawdziwe, niektóre są kłamstwami, niektóre są bez znaczenia: ale dla Neokatechumenatu nie ma to większego znaczenia:
„On ma problemy z seksem”.
„ma problemy z pieniędzmi”.
„Ta osoba nigdy nie zaakceptuje autorytetu Kościoła”.
„Małżeństwo N. ma kłopoty”.
„Ta osoba była wychowana przez paranoicznych rodziców”.
„N. jest paranoicznym rodzicem”.
itd.
Smutne jest to, że jest wiele rzeczy, za które można pochwalić Drogę Neokatechumenalną. Pozostaję im wdzięczny za tak wiele. Ale dla nich aprobata nie może być mieszana z krytyką. Twierdzili, że są „Jezusem Chrystusem dla mnie” – a z Jezusem Chrystusem nie można się nie zgadzać.
Prawdę mówiąc, niepokoi mnie wiele krytycznych uwag pod adresem Neokatechumenatu ze strony tych, którzy nigdy nie byli na Drodze. Ze strony „lewicy” widzimy skargi, że nie aprobują antykoncepcji, rozwodów, seksu przedmałżeńskiego, praktyk homoseksualnych. Z punktu widzenia „prawicy” padają skargi dotyczące grania na gitarze, picia zbyt dużej ilości wina i tańczenia wokół ołtarza są po prostu trywialne.
Oskarżenia o herezję są być może nieco bliższe prawdy.
W swoim zapale głoszenia, że Eucharystia jest wspólnym posiłkiem, neokatechumeni nie zwracają uwagi na jej aspekt ofiarny. Kładą duży nacisk na zbawczy efekt przyjęcia własnego krzyża, ale bagatelizują obiektywną moc krzyża Chrystusa. Głoszą bardzo niski pogląd na ludzką naturę i dość nieumiarkowanie umniejszają znaczenie dobrych uczynków („Chrześcijaństwo Cafod”). Ale czy brak równowagi teologicznej naprawdę stanowi jawną herezję?
Sugeruję, że wady Neokatechumenatu są o wiele bardziej subtelne, o wiele mniej oczywiste, a w konsekwencji o wiele bardziej podstępne. Jego wady są bowiem ściśle związane z jego zaletami: w pewnym sensie są one przeciwnymi stronami tej samej monety. Neokatechumenat oczywiście nigdy się do tego nie przyzna. Dla nich ciało korporacyjne jest „Jezusem Chrystusem dla ciebie” – innymi słowy, poza krytyką. Dlatego nie ma czegoś takiego jak wina korporacyjna. Dlatego nie ma czegoś takiego jak korporacyjna pokora.
W interesie prawdy zacznę jednak od wychwalania zalet Drogi Neokatechumenalnej. A jest ich wiele.
Jak dobrze jest być z braćmi
Istnieje, do pewnego momentu, głęboka szczerość, która przepływa przez Neokatechumenat. Wiele osób przychodzi na Drogę z poczucia frustracji powierzchownością i hipokryzją bardziej konwencjonalnych przejawów wiary katolickiej. Wielu z nich dorastało we wszystkich atrybutach katolicyzmu od kołyski, a jednak odkryli, że nie odzwierciedla to prawdy o ich własnym życiu.
Mogło się okazać, że toną pod psychologicznym ciężarem własnych grzechów i upadków: rozwodów, niewierności, cudzołóstwa, masturbacji, homoseksualności, zaburzeń odżywiania. I mogło się okazać, że Kościół jest nieśmiały i niejednoznaczny w odpowiedzi. Jednak Neokatechumenat nie unikał żadnej z tych kwestii. Zarówno we Wspólnocie, jak i poszczególnym osobom głoszono niezafałszowane nauczanie Kościoła. A zapewnienie o bezwarunkowej miłości Chrystusa do grzesznika było głoszone wciąż na nowo. „Podążaj tą Drogą”, powiedziano nam, »a obiecuję ci, że Bóg zbawi cię od ciebie samego i doprowadzi cię do dorosłej wiary«. Zgodnie ze słowami Ezechiela, Bóg usunie nasze kamienne serca i da nam serca z ciała. To jest Dobra Nowina, którą Kościół wszędzie powinien głosić nieustraszenie i na zawsze. Neokatechumenat rzeczywiście to czynił.
Jednak w sposobie głoszenia tego przesłania było niewiele triumfalizmu. Kkatechumen musi zejść do grobu, aby „stary człowiek” mógł umrzeć, tak i my musieliśmy uczciwie zejść w głębiny naszej własnej grzeszności, uznając i przyjmując nasze „krzyże”. Tak aby rzeczywistość zmartwychwstania Chrystusa mogła się objawić w naszym życiu. Podstawą, na której ta podróż musiała się odbyć, był trójnóg Wspólnoty, Słowa i Liturgii.
Wspólnota stała się centrum wszystkiego.
Nowa wspólnota powstawała, często każdego roku, po wstępnej publicznej katechezie. Od tego momentu wspólnota ta „chodziła” razem, celebrując razem sakramenty. Spotykając się w sobotnie wieczory na Eucharystii czuwania oraz przygotowując i celebrując cotygodniową Liturgię Słowa w ciągu tygodnia.
Weekendowe „konwiwencje” odbywały się regularnie, podobnie jak Liturgie Pokutne. Po psalmie śpiewaliśmy „Jak dobrze być z braćmi” – i tak było. A wraz ze wspólnym życiem duchowym rozwinął się rodzaj wzajemnej szczerości. Grzechy były wyznawane (i to nie tylko w spowiedzi), serca były odciążane, a my cieszyliśmy się z daru wspólnego życia przed Chrystusem bez (jak nam się wydawało) masek.
Słowo Boże stało się naszym chlebem powszednim. Czytaliśmy je, modliliśmy się nim i uczyliśmy się poddawać nasze życie jego spojrzeniu. Liturgia Słowa, która rozpoczynała każdą mszę, nie była tylko wstępem do Eucharystii, ale wspaniałym wydarzeniem samym w sobie. Wielką „ucztą Słowa”, którą nauczyliśmy się rozkoszować. Każda Liturgia Słowa zawierała „echa”, podczas których dzieliliśmy się ze Wspólnotą tym, co Słowo objawiło nam w naszym osobistym życiu. Zarówno triumfami, jak i cierpieniami. Nie było wątpliwości: Bóg przemawiał do nas poprzez swoje Słowo, aby pomóc nam w naszej drodze wiary.
Liturgia stanowiła dla tego kontekst.
Liturgie neokatechumenalne są imponujące. Długie, przeciągające się, pełne „napomnień” (wprowadzeń do czytań) i „echa” (wspólnych refleksji nad tym, co mówią do nas czytania), którym towarzyszy bogata i piękna muzyka: śpiew, gitary, bębny. A wszystko to w charakterystycznym dla Neokatechumenatu stylu flamenco, prawie wyłącznie skomponowane lub zaaranżowane przez założyciela ruchu, Kiko Argüello. Nauczyliśmy się kochać znaki liturgiczne, a wszystkie były większe niż życie: ogromna chrzcielnica w kształcie krzyża. Do tego mnóstwo kwiatów, mnóstwo ikon (również namalowanych przez Kiko, zwykle opartych na bizantyjskich wzorach. Co najlepsze, ogromny stół eucharystyczny, z którego podawano duże rundy domowego przaśnego chleba i ogromne kielichy wina, z których wierni zostali poinstruowani, aby pić głęboko.
Znaczenie tego wszystkiego zostało nam przybliżone przez dużą ilość katechez. Uczono nas, jak niewielu w Kościele katolickim, biblijnych, patrystycznych i kościelnych podstaw wszystkiego, co robiliśmy. Niezależnie od tego, czy chodziło o Pismo Święte, liturgię czy kalendarz kościelny, znaliśmy, rozumieliśmy i kochaliśmy te rzeczy. Wierzyliśmy, że nasz sposób ich wykonywania jest najlepszym, najpiękniejszym i najbardziej autentycznym przejawem tego, co Kościół katolicki po Soborze Watykańskim II miał do zaoferowania. W końcu byliśmy pewni, że gdy „nowa ewangelizacja” wykona swoją pracę, odnowiony Kościół będzie wyglądał tak jak my.
Kulminacją roku była oczywiście Wielkanoc – którą nazywaliśmy Paschą Chrystusa.
Liturgie Triduum były traktowane z niezrównaną czcią i radością. Pościliśmy od dziewiątej godziny Wielkiego Piątku aż do świtu wielkanocnego. Czuwanie trwało całą noc i było wielkim świętowaniem przejścia z ciemności do światła. Podążaliśmy za słupem ognia i słupem dymu przez ulice do zaciemnionego kościoła. Wsłuchiwaliśmy się w każde słowo Exsultetu: „To JEST noc, w której Chrystus zniszczył śmierć i z martwych powstał zwycięski”. Była to również noc, w której Chrystus może przyjść ponownie – i wiedzieliśmy, że to prawda. Dziewięć czytań i wiele psalmów później, po ochrzczeniu wszystkich nowych dzieci we Wspólnocie i przekazaniu wiary dzieciom (śpiewając naszą własną wersję Mah Nishtanah, tak jak robią to Żydzi podczas Paschy). słysząc Ewangelię zmartwychwstania głoszoną w pieśni nad naszym życiem i celebrując chwalebną Eucharystię. Następnie tańczyliśmy wokół ołtarza śpiewając: „Chrystus, nasza Pascha, zmartwychwstał dla nas. Alleluja”.
Neokatechumenat nie jest jednak tylko niekończącym się cyklem duchowej celebracji.
Stylizuje się na „katechumenat pochrzcielny”, sposób na dojrzałe owocowanie wiary, której ziarno zostało zasiane na chrzcie, ale które mogło zostać zaniedbane z powodu braku katechezy dla dorosłych lub właściwej formacji duchowej.
Jako taka, każda wspólnota neokatechumenalna przechodzi przez kilka etapów w swoim duchowym postępie, wiele z nich wyznaczonych przez skrutynia katechumenalne podobne do tych stosowanych we wczesnym Kościele i w Rytuale Chrześcijańskiego Wtajemniczenia dla Dorosłych. Jednak w przeciwieństwie do większości wcieleń RCIA, Neokatechumenat traktuje całą kwestię pokuty i formacji wiary bardzo poważnie. Z rygorem Tertuliana.
Wytyczne RCIA mówią nam na przykład, że skrutynia są „obrzędami badania siebie i pokuty (…), mają na celu odkrycie, a następnie uzdrowienie wszystkiego, co słabe, wadliwe lub grzeszne w sercach wybranych (…). Odprawiane w celu wyzwolenia wybranych z mocy grzechu i szatana (…). Dokończenia nawrócenia wybranych i pogłębienia ich determinacji, by mocno trzymać się Chrystusa i realizować swoją decyzję, by kochać Boga ponad wszystko”.
Neokatechumenat jest wystarczająco uczciwy, aby uznać, że nie można oczekiwać, że taka transformacja naprawdę nastąpi w ciągu kilku tygodni lub nawet miesięcy – dlatego Droga trwa latami; jej celem, około dwunastu do dwudziestu lat, jest, aby ktoś stał się „prawdziwie chrześcijaninem”.
Więc gdzie to wszystko poszło nie tak? Sugeruję, że nie z herezją. Wszystko, co Neokatechumenat głosi publicznie, jest ortodoksyjnym katolickim chrześcijaństwem. Z pewnością głoszą z arogancją i absolutyzmem – a także z brakiem równowagi i pogardą dla alternatywnych sposobów ujmowania rzeczy, które niektórzy mogą uznać za graniczące z herezją. Główny problem leży jednak w tym, czego Neokatechumenat nie mówi publicznie, a nie w tym, co mówi. Wiele z tych rzeczy skutkuje kulturą oszustwa, manipulacji i duchowych nadużyć, które pozostawiają wielu ludzi zranionych, zdezorientowanych i zdesperowanych.
Korporacyjna pycha
Sugerowałbym, że korzeń większości problemów Neokatechumenatu leży w jego niezdolności do radzenia sobie w zdrowy sposób z własnymi bardzo prawdziwymi cnotami. Neokatechumenat zgubił swoją drogę przez pychę, a ta pycha zanieczyszcza prawie wszystko, co robi.
Wszystko zaczęło się tak niewinnie. Kiedy znalazłem się w kościelnej wspólnocie tak pełnej piękna i gorliwości, nie sposób było nie czuć się z siebie zadowolonym. Częścią tego zadowolenia mogła być szczera wdzięczność Bogu za to, że mnie tam umieścił; częścią tego mogło być podstępne poczucie, że Bóg umieścił mnie tam jako nagrodę za „zrozumienie”, tj. za zrozumienie i przyjęcie Jego kerygmatu ze wszystkimi jego wyzwaniami. Neokatechumenat nigdy nie pozwolił nikomu uciec od tej drugiej koncepcji na długo.
Nie, przypominano nam, podobnie jak Izraelowi, że jesteśmy „ludem o sztywnym karku” i że Bóg prawdopodobnie wybrał nas, ponieważ byliśmy największymi grzesznikami ze wszystkich. Jeden z neokatechumenalnych prezbiterów powiedział mi: „Najlepszym sposobem na nauczenie się pokory jest bycie upokorzonym” – i stało się to standardowym modus operandi Drogi.
Jednak upokorzenie nie prowadzi do prawdziwej pokory, jeśli istnieje akceptowalny zawór bezpieczeństwa dla osobistej pychy – a tym akceptowalnym zaworem była Wspólnota. Jako jednostki wiedzieliśmy, że jesteśmy, jak to ujął Kiko, „zerem plus grzechem”. Ale masowo byliśmy na szczycie stosu! Nasza liturgia była odnowiona, nasza katecheza wierna, nasze homilie mocne, nasze metody formacji ostre jak miecz obosieczny. Oświadczyliśmy, że jesteśmy „prawdziwie błogosławieni”, że zostaliśmy powołani do Drogi. Gdy nasze gitary brzmiały, nasze ręce klaskały, nasi młodzi ludzie „wstawali”, by ofiarować się kapłaństwu lub życiu konsekrowanemu, nasze małżeństwa rodziły dziecko za dzieckiem, a my wszyscy wrzucaliśmy ogromne ilości naszego osobistego bogactwa do worka na śmieci, wiedzieliśmy, że nikt nie może nas przebić.
Rutynowo wyśmiewaliśmy inne katolickie ścieżki jako mdłe, skonwencjonalizowane i „klasy średniej”.
Nasz prezbiter, w jednej ze swoich homilii na święto patrona parafii, powiedział swoim (głównie nie neokatechumenalnym) parafianom: „Gdyby św. —- żył dzisiaj, jest jedna rzecz, którą powiedziałby wam wszystkim, a mianowicie, abyście przyszli na katechezę dla dorosłych, która odbywa się teraz w tej parafii” – tj. abyście dołączyli do Neokatechumenatu.
Podczas gdy nasze indywidualne niskie samooceny były w ten sposób równoważone przez naszą korporacyjną dumę, równoległa dobroczynność nie była rozszerzana na osoby z zewnątrz. Wiedzieliśmy, że byli oni, zarówno korporacyjnie, jak i indywidualnie, „bardzo klasą średnią”: nie mieli „nic podobnego do Drogi”. Pomysł, że pośród „niekatechizowanych” (jak ich postrzegaliśmy) mas innych katolików mogą znajdować się prawdziwi święci, od których moglibyśmy się czegoś nauczyć, nigdy nie wpłynął na nasze żarliwe pragnienie, aby inni mogli dostrzec wartość Drogi. Niemal nieuchronnie byli to „katolicy z klasy bierzmowania” i wyznawcy „religii naturalnej” (ostateczna zniewaga dla neokatechumenatu). „Oni nie spotkali Jezusa Chrystusa”, mówiliśmy z całkowitą pewnością siebie.
Oczywiście często wykraczało to poza takie uogólnienia, ale tylko za zamkniętymi drzwiami. Na konwiwencji naszej Wspólnoty „Szema” jeden z katechistów powiedział w katechezie do całego zgromadzenia: „Nie wciskaj mi kitu, że ta Droga jest tylko jedną z wielu dróg w Kościele. Oczywiście, że jest wiele dróg w Kościele i oczywiście, że jest wiele sposobów, aby dojść do wiary… Ale powiem wam jedno: Bóg postawił cię na tej Drodze i właśnie na tej Drodze chce doprowadzić cię do wiary”. Na tym samym konwiwencji inny katecheta głosił. „Mam nadzieję, że będziecie gotowi na drugie badanie, kiedy ono nadejdzie, ponieważ bycie poza drugim badaniem oznacza bycie poza Wspólnotą.
Bycie poza Wspólnotą oznacza bycie poza Kościołem, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów!”.
Podczas pewnego prywatnego spotkania jeden z moich katechetów oświadczył mi uroczyście: „N., Bóg wprowadził cię na tę Drogę, aby doprowadzić cię do wiary, będzie cię nadal prowadził do wiary tą Drogą i nie może cię doprowadzić do wiary inaczej, jak tylko tą Drogą”.
I tak, kiedy poznałem i zakochałem się we wspaniałej młodej kobiecie spoza Wspólnoty. Katoliczce, modlącej się, czytającej Biblię, ortodoksyjnej, pobożnej, katechizowanej przez Opus Dei i ochrzczonej jako dorosła osoba w kościele św. Piotra w Rzymie przez papieża Jana Pawła II – i zaręczyliśmy się, wtedy zaczęły się problemy. Oczekiwano oczywiście, że A. będzie uczęszczać na katechezy i przyłączy się do Drogi. To, że się na to nie zdecydowała, spowodowało, że moi katecheci zaczęli ją dręczyć. Nie wiedzieli oni nic o wierze i formacji mojej narzeczonej, ale nie mieli wątpliwości: „Ta katecheza będzie jeszcze lepsza!”. Ja, N., muszę przyprowadzić ją na katechezę.
Dodaj komentarz