Witaj. Zerknąłem kilka razy na bloga. Widziałem, że pojawiają się tutaj wyznania i relacje tego jak jest na Drodze….Ostatnio byłem na konwiwencji rocznej… i prawdopodobnie jest to moja ostatnia konwiwencja na Drodze.
Spędziłem w Neo ponad 10 lat. Przeszliśmy z wspólnotą etam Drugiego Skrutinium i na horyzoncie Wprowadzenie w Modlitwę. Czyli już jakoś uformowani jesteśmy… a może nie? Naprawdę zacząłem mocno w tę ścieżkę rozwoju wątpić. Moje wątpliwości co prawda pojawiły się dawno, ale mocno przykryłem je tłumaczeniem, że to pewnie jakieś pokusy.
Chciałbym skupić się nie tyle na katechistach, czy ludzkich słabościach ale… na tym czy w ogóle się duchowo umocniłem. Jak wchodziłem na Drogę miałem ponad 20 lat i mam wrażenie – byłem duchowo dojrzalszy niż jestem teraz mając ponad 30.
Jak się to stało… to pytanie ciągnie się za mną i nie znam odpowiedzi.
Kiedy nie byłem w Neo – chodziłem tylko do parafii, msze niedzielne, raz na jakiś czas w tygodniu, praktykowałem czystość z dziewczyną, modliłem się , czytałem psalmy… W sumie co robiłem źle? Usłyszałem głosy z różnych stron w stylu „Każdy musi znaleźć wspólnotę”. Trafiłem jakoś na katechezy Neo w Szczecinie i się zaczęło (obecnie trafiłem do innej wspólnoty).
Po latach z każdym rokiem robiłem sobie małe resume tego, w którym miejscu teraz jestem. I tak lata mijały, życie się toczy. A ja… nie mam już wiele z tej duchowości. Nie jestem napełniony tą radością, która była wcześniej i zdałem sobie sprawę, że dużo w tym winy jest właśnie… Drogi Neokatechumenalnej.
Ktoś spyta „Ale jak to możliwe?” i tu pragnę odpowiedzieć…
Na Drodze mamy określony program, który mamy wypełniać – TRÓJNÓG. Zatem mamy iść w sobote na Eucharystie, w tygodniu na liturgię i chodzić na konwiwencje. Czyli tak średnio około 15/30 dni w miesiącu są poświęcone na NEO (wliczając w to przygotowania). Nie miałem zatem czasu tak naprawdę na… odpoczynek i powrót do tego co mnie cieszyło.
Książka jakiegoś autora, którego czytałem chętniej – teraz nie wydawała mi się już tak atrakcyjna, bo… nie mam czasu na nic poza NEO.
Teraz mają dojść modlitwy brewiarzem… wspólnota jest szczęśliwa, mówią wszyscy jak to ich umocni. A ja? Nie umiem podzielić tej radości i nie wiem… może oni udają?
Droga trochę przytłumiła tą duchowość którą kochałem. Byłem trochę liturgistą, trochę czytelnikiem poezji, miłośnikiem zakonów i starej duchowości. To mnie radowało. Teraz do czego nie wracam, widzę tylko frazy katechistów, że to wszystko to „moja próżność” jak usłyszałem na Drugim Skrutinium.
Może trochę to było próżne, ale napawało mnie radością, taką Bożą radością. W neo czułem tylko smutek. Więc po drugim skrutynium zrobiłem rok przerwy i… trochę odetchnąłem. Pomyślałem, że może jednak wrócę i „zobaczę czy to znów dla mnie?”.
Wróciłem i … pożałowałem podwójnie. Na początku bracia wymieszali „dobrze, że jesteś” z „czemu nie chodziłeś?”. A gdy skończyły się ich miłosierne sądy, to wrócił smutek. Tak, bo na konwiwencji chociaż dużo jest o tym, że bracia są razem to… nie widziałem nic radosnego. Tylko MIELIŚMY być radośni.
Ale nikt nie pytał, czy ktoś jest smutny i dlaczego?
I właśnie… to mnie dotknęło. Ja poczułem się naprawdę samotny i niezrozumiany, przede wszystkim NIEWYSŁUCHANY. Odpowiedzialni mówią, że „mają ducha” albo „tu naprawdę czuć Ducha świętego”, ale to puste frazesy, które chyba TRZEBA mówić we wspólnocie… Tylko z samego założenia MUSIAŁO być dobrze. Zrozumiałem gdzieś, że wspólnota to farsa.
Nie chodzi o to, że bracia byli źli. Wielu z nich to naprawdę dobrzy ludzie, szczerzy w swojej wierze, zdeterminowani, by iść tą drogą. Ale im bardziej się przyglądałem, tym bardziej dostrzegałem, że niektórzy po prostu „grali swoje role” – pokazywali radość, entuzjazm i pełne zaangażowanie, ale pod powierzchnią widać było zmęczenie i wypalenie. Tak jakby każdy z nas czuł, że musi udawać, bo inaczej nie spełnia „standardów” wspólnoty. A przecież to, co miało nas zbliżać do Boga, nie powinno wiązać się z udawaniem czy presją, prawda?
Na konwiwencje comiesięczne też chodziłem, ale wiesz… one nie były po to, by kogoś wysłuchać. Jak raz czy dwa rzuciłem co mi się nie podoba, to nie otrzymałem zrozumienia i wysłuchania ale… sądy i prawienie morałów. Więc po co ta konwiwencja? Nie wiem…
Wiem, że może się zrobić z tego powodu jakaś nagonka na takich braci jak ja… bo wiem, że nie jestem sam. Ale Drodze chyba nie zależy na tym, bym ja był w jakiś sposób prowadzony do Boga, tylko by zbawić się jako wąska grupa. Trudno mi winić katechistów, czy Kiko czy jeszcze kogoś. Myślę, że to wina po trochu samej struktury i zbyt dużo robimy miejsca na błąd ludzki…
Dokładniej chodzi mi o to, że nie mamy żadnego drogowskazu, podręcznika, przewodnika. Tylko mamy słowo katechisty, który potem sobie pójdzie. Powie coś raz i go nie ma rok. Jak trzeba to wrócą, ale nie wiedzą o co chodzi, więc albo poradzą albo nie poradzą. Więcej zamieszania niż pożytku.
Dlatego po tej konwiwencji mam kolejne doświadczenie tego jak krucha jest Droga wewnątrz. To co dawało mi na początku siłę, teraz jest naprawdę smutkiem.
Dodaj komentarz