Moja historia w Neokatechumenacie – jak to się zaczęło?
Moja historia może różnić się od innych świadectw. Byłem po stronie katechistów, wspierałem Drogę i broniłem jej w dyskusjach. Jednak z czasem zacząłem dostrzegać pewne rzeczy, które sprawiły, że podjąłem decyzję o odejściu.
Przez wiele lat angażowałem się w życie wspólnoty. Służyłem pomocą, uczestniczyłem w katechezach, pielgrzymkach i innych wydarzeniach, które budowały moją wiarę i relację z Bogiem. Wydawało mi się, że jestem w odpowiednim miejscu, wśród ludzi, którzy myślą podobnie i wspierają się wzajemnie. Dopiero z czasem zacząłem zauważać, że rzeczywistość nie jest tak idealna, jak się wydawało na początku.
Katechezy Neokatechumenatu – czyli jak trafiłem do Neo?
Byłem jednym z tych „życzeniowych braci”. Moje życie było dalekie od ideału – praca, zdrady, używki. Byłem na skraju rozpadu małżeństwa, a moja rodzina cierpiała z powodu moich złych decyzji. Kiedy znajomy zaproponował mi udział w katechezach, zgodziłem się. Nie miałem nic do stracenia.
Pierwsze katechezy były dla mnie momentem przełomowym. Wreszcie miałem okazję spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Usłyszałem wiele rzeczy, które dotknęły mnie do głębi i skłoniły do refleksji. Po konwiwencji założycielskiej zacząłem myśleć o rodzinie i próbowałem ją naprawić. Wspólnota mnie zmieniała na lepsze, pomagała mi wyjść z nałogów i bardziej angażować się w życie rodzinne. Ale z czasem zacząłem dostrzegać ciemniejsze strony tego ruchu.
Drugie Skrutinium – punkt zwrotny w mojej wierze
Po kilku latach doszliśmy do Drugiego Skrutinium. Nie miałem problemu z mówieniem o swoich słabościach, co katechistom się podobało. Wręcz stawiano mnie za wzór. Przez pewien czas miałem wrażenie, że mogę być „solą ziemi”, kimś, kto odnalazł właściwą ścieżkę. Jednak właśnie wtedy zaczęło się coś, co podważyło moje zaufanie do katechistów i całego systemu.
Podczas skrutinium musiałem publicznie mówić o swoich największych grzechach, w tym o problemach małżeńskich i finansowych. Początkowo wydawało mi się to oczyszczające, ale z czasem zauważyłem, że informacje te były wykorzystywane przeciwko mnie. Moje życie osobiste stało się sprawą publiczną, a niektóre osoby we wspólnocie zaczęły traktować mnie z góry. Wspólnota przestała być miejscem, w którym czułem się bezpiecznie.
Kryzys małżeństwa i interwencja wspólnoty
Moje małżeństwo nadal nie było w pełni odbudowane. Żona żyła ze mną w nieformalnej separacji, a Kościół nie był dla niej ważny. Mimo że próbowałem przekonać ją do wspólnoty, nie chciała do niej dołączyć. Dla katechistów i niektórych członków wspólnoty było to problemem, który należało „naprawić”.
Pewnego dnia katechiści urządzili nam „wizytację” w domu. Nie była to zwykła wizyta – to był niemal najazd. Bez wcześniejszego uprzedzenia przyszli do naszego mieszkania i zaczęli zadawać pytania dotyczące naszego związku. „Co się dzieje?”, „Dlaczego nie ma jedności?”, „Co jako wspólnota możemy zrobić?”. To było upokarzające. Moja żona, osoba spoza wspólnoty, była niemal obrażana za to, że nie „szanujemy jedności małżeństwa i sakramentu”. Czułem się osaczony i zawstydzony.
Po tym incydencie żona powiedziała mi wprost, że nie chce, bym dalej dzielił się z nimi naszymi sprawami. Zrozumiałem wtedy, że wspólnota zaczęła przekraczać granice, które nigdy nie powinny być naruszane.
Rozdźwięk między wspólnotą a rodziną – kluczowy moment
Od teraz chcąc nie chcąc – musiałem więcej wybierać. Powiedziałem żonie, że nie powinni tak robić i to przesada. Ona powiedziała, że nie chce bym dalej mówił im o naszej prywatności.
Potem na konwiwencji gdy pojechałem oni i katechiści zaczęli… pytać o moją prywatność. Ja zacząłem mówić, że z żona ustaliliśmy, że po tamtym wydarzeniu nie będę mówił Wam więcej o moim małżeństwie.
Oni w szoku.
Zażądali niemal posłuszeństwa. Bo przecież oni „chcą dobra dla nas!” i, teksty typu „Widzisz, gdyby żona była na Drodze nie byłoby całego dramatu!”.
To mnie olśniło. Przecież moja żona nie była tutaj winna niczemu! To ja zrobiłem dużo syfu w małżeństwie, to ja straciłem zaufanie w jej oczach, a oni odwrócili kota ogonem i nagle to problem leżał… po jej stronie.
W tym momencie wyszedłem z konwiwencji, wróciłem do domu i jeszcze raz prosiłem o przebaczenie, że znów zawiniłem i źle ustawiłem priorytety. Powiedziałem żonie szczerze o tym co się działo kilka godzin wcześniej i ona mi podziękowała. Tak naprawdę… moje odejście z Neo było właśnie początkiem uzdrowienia małżeństwa.
Życie po odejściu z Neokatechumenatu
Dostawałem mnóstwo SMS-ów i telefonów, by wrócić. Zapraszano mnie na Eucharystie i kolejne etapy. Jednak ja byłem już szczęśliwy. Po latach mogę powiedzieć, że nasze małżeństwo bez Neo zaczęło się uzdrawiać. I to jest dla mnie największy cud.
Dziś nie żałuję swojej decyzji. Był to trudny proces, ale nauczył mnie wiele o sobie i o tym, jak ważne jest stawianie granic. Wspólnota dała mi wiele dobrego, ale ostatecznie to rodzina okazała się moim prawdziwym powołaniem.
Dodaj komentarz