Owocne wychowanie czy złudzenie?

W ostatnim czasie przetoczyło się wiele dyskusji na temat wychowania w ruchu neokatechumenalnym. Niemal od początku pojawiają się komentarze i wiadomości mailowe z pytaniami typu: „Dlaczego nie bierzesz pod uwagę owoców Drogi?”. Czy rzeczywiście tak jest? Czy może zweryfikowałem już tę kwestię? Dziś analizujemy temat dzieci i młodzieży neokatechumenatu, które są – zdaniem zwolenników – jego owocem.
Liczy się ilość, a nie jakość?
Jeśli chodzi o dzieci i młodzież, nikt nie zadaje pytania – co się z nimi dzieje? Jak wygląda ich życie i rozwój? Najważniejsze, że jest ich dużo. To podejście można uznać za wysoce instrumentalne. Nie chodzi o to, że mogą być zaniedbane, chore czy straumatyzowane – bo w większości nie są. Problemem jest jednak to, że przez lata duchowni oraz katechiści zwracali uwagę niemal wyłącznie na liczby.
W neokatechumenacie liczebność rodziny jest kluczowa. Podczas przedstawiania się we wspólnocie pytanie o liczbę dzieci jest standardem. Im więcej, tym lepiej. Jeśli masz dziesięcioro dzieci – jesteś wzorem. Jeśli masz jedno – oznacza to zamknięcie się na życie. Czy to rzeczywiście świadczy o sukcesie wychowawczym?
Gdzie są ci, którzy odeszli?
Mówiąc o młodzieży w neokatechumenacie, zwykle podkreśla się, jak wielu młodych ludzi uczęszcza na katechezy. Ale czy ktokolwiek zastanawia się, ilu z nich rzeczywiście zostaje w ruchu? Ilu jest tam, bo naprawdę tego pragną, a ilu przyszło pod presją rodziców?
Etap Szema, czyli jedno z kluczowych wydarzeń w formacji neokatechumenalnej, jasno wskazuje, że dzieci mają obowiązek uczęszczać na spotkania i „nie mogą sprzeciwić się rodzicom do 18. roku życia”. To oznacza, że wielu młodych ludzi dołącza do wspólnoty nie z własnej woli, lecz dlatego, że rodzice uznali to za konieczność.
Co jednak dzieje się później? Ilu z nich zostaje, a ilu odchodzi?
Statystyki z moich wspólnot
Analizując wspólnoty, w których byłem, postanowiłem sprawdzić, jak wielu młodych ludzi, których poznałem na początku mojej drogi, nadal pozostaje w ruchu. Moje wnioski były zaskakujące.
Spośród około 30 osób, które znałem:
- Jedynie 5–7 osób nadal uczestniczy w neokatechumenacie.
- Blisko 10 osób określa się jako osoby, które „odeszły z Kościoła”.
Czy to oznacza, że neokatechumenat zawiódł? Niekoniecznie. Powody odejścia są różne – często wynikają z sytuacji rodzinnych lub osobistych decyzji. Niemniej jednak, gdy katechiści mówią, że „Droga to najlepsza inwestycja dla Twoich dzieci”, trudno nie zauważyć, że coś tu nie gra.
Co więcej, problemem jest nie tylko to, ilu młodych odchodzi, ale jak traktowani są ci, którzy rezygnują. Wielu z nich spotyka się z ostracyzmem – nie tylko ze strony wspólnoty, ale nawet własnych rodziców.
Czy neokatechumenat przegrywa ze światem?
Katechiści często straszą „światem” – utożsamianym z pieniędzmi, seksem i przyjemnościami. Według ich narracji, młodzi ludzie, którzy odchodzą z neokatechumenatu, wybierają właśnie świat.
Ale czy rzeczywiście mają inny wybór? Może problemem nie jest świat, ale sposób życia proponowany przez wspólnotę? Czy to naprawdę kwestia trudności w wierze, czy raczej archaicznej i nieatrakcyjnej formy jej wyrażania? To pytania, na które warto szukać odpowiedzi. Bo może nie każdy chce żyć tak samo jak wcześniej i naprawdę to nie jest wyznacznikiem życia chrześcijanina?
Krytyka współczesnych modeli rodziny
Obecnie często mówi się o rodzinach 2+1 oraz o osobach, które zamiast dzieci wybierają psy czy koty. Na konwiwencjach bywa to przedmiotem drwin – takie osoby przedstawiane są jako zagubione, a nawet „głupiutkie”. To podejście pokazuje, że katechiści w pewnym stopniu stracili kontakt z rzeczywistością.
Czy naprawdę chodzi o to, by wytykać innym ich sposób życia i budować poczucie wyższości, że żyjemy bardziej „właściwie”? Niestety, narracja często zmierza właśnie w tym kierunku. Tymczasem zamiast skupiać się na krytyce współczesnych wyborów życiowych, warto zastanowić się, dlaczego młodzi odchodzą i co mogłoby sprawić, by zostali. Brak refleksji nad ich potrzebami i uporczywe trzymanie się skostniałych schematów to po prostu droga donikąd.
Dodaj komentarz