Jestem dzieckiem NEO, które z trudem odnajduje już radość w życiu, choć nie zawsze tak było. Był czas, kiedy radość była moją codziennością. Moja przygoda z Drogą, rozpoczęła się jeszcze w młodości. Gdy kończyłem liceum, powoli wkraczałem w Drugie Skrutinium. Moim największym wyzwaniem wówczas było to, że autentycznie kochałem Kościół.
Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale taka była prawda. Jako młody chłopak byłem ministrantem, uczestniczyłem w wielu zwykłych mszach. Szczególnie głęboko poruszała mnie liturgia, zwłaszcza ta starannie przygotowana, pełna pobożności i harmonii. To była moja pasja – znałem wszystkie nazwy liturgicznych elementów, uczyłem się łaciny, a każda msza była dla mnie niemal rytuałem, w którym odgrywałem swoją rolę z pietyzmem. Wspólnota była dla mnie przestrzenią rozwoju i formacji, zgodnie z wolą moich rodziców, którzy mnie do tego zachęcali.
Nadszedł jednak moment, gdy przestałem być ministrantem, a zacząłem głębiej zastanawiać się nad swoim powołaniem. Doszedłem do wniosku, że chcę iść do seminarium. Wzorem wielu innych, podczas jednej z konwiwencji „wstałem” i zostałem skierowany do seminarium Redemptoris Mater. Był to być może mój największy błąd. Od tego momentu rozpoczęła się nieustanna analiza mojej osoby i moich motywacji. Zastanawiano się, czy naprawdę pragnę zostać księdzem, choć ja sam miałem już na to pytanie odpowiedź. Niestety, miałem wrażenie, że katechiści wątpili w moje intencje.
Chociaż trudno to wyjaśnić w prostych słowach, próbuję: katechiści twierdzili, że moja pobożność i przywiązanie do tradycji Kościoła były czymś niewłaściwym. Uważali, że powinienem skupić się na rozeznaniu Słowa, na wspólnocie, a nie na liturgii czy fascynacji strukturami kościelnymi. Krytykowali mnie zarówno ojcowie duchowni w seminarium, jak i katechiści podczas Drugiego Skrutinium. W końcu doszli do wniosku, że seminarium nie jest dla mnie odpowiednim miejscem.
Jako młody człowiek byłem pełen pokory – skoro starsi i bardziej doświadczeni wskazali mi, co jest dla mnie dobre, byłem gotów w to uwierzyć. W rezultacie wstąpiłem na kilka lat w okres samotności, tęsknoty i niepewności. Myślałem o powrocie, o wyborze klasztoru lub diecezjalnego seminarium, ale za każdym razem, gdy zwracałem się do katechistów, odpowiedź była ta sama: „Chodzi Ci tylko o sentymenty, a nie o to chodzi w powołaniu!”. To był cios, szczególnie gdy w tym samym czasie uczestniczyłem w warsztatach liturgicznych w jednym z klasztorów, które na nowo rozbudziły we mnie dawne pasje.
Czułem się, jakbym był uwięziony w życiowym klinczu. Podjąłem studia, które wydawały się neutralnym wyborem, akceptowalnym dla wszystkich. Poznałem dziewczyny, zakochałem się. Jednak katechiści znów byli niezadowoleni: moja wybranka nie pochodziła z neokatechumenatu, a skoro ja z takiej rodziny pochodzę, to i moja partnerka powinna. Moje życie było wielką dychotomią: z jednej strony rodzina i wspólnota neońska, z drugiej moje własne zainteresowania i uczucia, które ciągle spotykały się z dezaprobatą.
W końcu poddałem się. Ożeniłem się z dziewczyną z neokatechumenatu, choć w głębi serca wiedziałem, że to nie jest moje powołanie. Przez wiele lat małżeństwo pełne było kłótni i cierpienia. Czułem, że nikt tak naprawdę mnie nie wysłuchał. Nawet moja żona, która jest dobrą osobą, nie chciała słyszeć o moich wątpliwościach. Dla niej liczyło się tylko to, że jestem mężem, więc mam pełnić swoją rolę.
Dziś staram się akceptować to, co się wydarzyło, żyć w pokorze. Ale do samego neokatechumenatu już się nie zbliżam. Ta decyzja doprowadziła do konfliktów z rodziną, co potwierdziło dla mnie słowa Chrystusa o przynoszeniu miecza w rodzinie. Wiem, że wiele decyzji powinienem był podjąć sam. Księdzem już nie zostanę, pożegnałem się z tym marzeniem. Została mi tylko rodzina, i nie mogę pozwolić, by Neo ją rozbiło.
Nie jest to proste. Moja żona jest aktywną uczestniczką neokatechumenatu, dla niej Eucharystie i Liturgie są niezwykle ważne. Nigdy nie miała problemów z katechistami czy wspólnotą. Dla niej wszystko jest w porządku. Dla mnie zaś – nie. W końcu jednak, po latach napięć, doszliśmy do pewnej równowagi. Ja mogę z dala od Neo uczestniczyć w Kościele i adorować Pana w spokoju.
Dziękuję za wiele słów prawdy na tym blogu. Ważne by nasze słowo wybrzmiało możliwie głośno, bo wielokrotnie jest tłamszone w zarodku.
Z Bogiem
Tomasz
Dodaj komentarz