Dzień dobry,
Trafiłam na tego bloga przypadkiem szukając w necie informacji o DN. Niedawno skończyłam 18 lat i pochodzę z rodziny neońskiej. Nie jest to jednak dla mnie dobre doświadczenie…
Czytałam kilka wyznań na blogu i widzę, że nie tylko ja mam podobne wrażenia. Tak naprawdę moje doświadczenie do historia całej mojej rodziny. Z którą coraz bardziej się nie zgadzam i czuję się niezrozumiana.
Rodzice weszli na Drogę gdy byłam małym dzieckiem. Miałam może 3-4 latka. Są na DN od kilkunastu lat, doszli aktualnie do etapu Traditio.
Na początku wiele rzeczy było fajnych. Rodzice byli zaangażowani w nas, pojawiło się też rodzeństwo. Łącznie mam jeszcze 3 rodzeństwa. Problemy pojawiły się nie tylko z uwagi na moje dorastanie, ale też z uwagi na zdrowie mamy…
Kiedy mama doszła do pewnego wieku zaczęły się poronienia oraz komplikacje okołoporodowe. Nie znam wszystkich spraw medycznie, jednak fizycznie zaczęła coraz bardziej upadać na zdrowiu. Nie miała siły zajmować się nami tak jak wcześniej. Z Tatą chcieli mieć kolejne dziecko… no i właśnie, od kilku lat trwa ten stan.
Mama już chyba nie może/nie powinna mieć dzieci. Chodzi tylko do zaufanego lekarza, który zaleca próbowanie. Bo inni już jej to odradzają.
Namawiają do otwartości oczywiście również katechiści. Gdy mama jest w ciąży w domu mówią, że to „Pan Bóg dał dziecko” i „To wszystko w rękach Boga”.
Gdy poroni mówią „Pan Bóg tak chciał”.
Jest to okropne, bo wystarczy trochę biologii by wiedzieć, że dzieci nie biorą się znikąd. To logiczne, że dojdzie do zapłodnienia. Ja i rodzeństwo cierpimy na tym psychicznie, współczujemy im. Oni potem idą na kolejne liturgie, jadą na konwiwencje i katechiści po raz kolejny… zachęcają ich do próbowania, bo „to ich powołanie”. Mama dodatkowo niemal spowiada się swojej katechistce ze wszystkich wątpliwości, rozterek, a ta oczywiście namawia ją do heroizmu.
Rodzice mam wrażenie ugrzęźli w tym całym systemie. Tata mówi nieustannie, że „bez Drogi by sobie w życiu nie poradził” i „ocaliła jego życie i małżeństwo”. Z tym, że to wszystko dookoła co mamy i kim jesteśmy mogłoby też być spokojnie bez Drogi. Ciągle tylko na laudesach słyszymy, że to Droga pomaga naszej rodzinie, że nas ratuje i zbawia. Rzeczywistość jest taka, że gdy byłam mała oni zerwali przez Drogę wszystkie znajomości z dzieciństwa. Uznali, że to jest świat, który chce ich zniszczyć i to spowodowało chyba w nich takie myślenie, że „ich ocalono”.
Tylko te słowa nie mają już dla mnie głębi. Są jałowe.
I nie tylko ja zaczynam zauważać, że jest to problem nie tylko nas.
Historie innych rodzin
Zdarzają się starsze siostry we wspólnotach, które przebyły depresje lub „zmagały się z czymś” we wspólnocie. Historie znam tylko z rozmów mamy i taty oraz echa słowa na Eucharystii. Wiem, że najczęściej chodziło o trudy rodzicielstwa, porody, ciąże i problemy zdrowotne. Moje koleżanki z innych rodzin również wspominają o tych trudach, ale często boimy się mówić szczerze i potem dodajemy frazesy typu „zobaczymy co Bóg przyniesie” itp. By nie wyjść przypadkiem jedna przed drugą za podejrzaną. Bo wiecie, generalnie trzymamy się ze sobą. Ale jeśli nie ma przyjaźni, to może stać się tak, że powiesz coś koleżance z innej wspólnoty, która pobiegnie do rodziców, którzy są katechistami i sprawa się rozniesie. W neo uwielbia się takie plotki.
Nie wiem czy tego chciał Kiko i Carmen planując Drogę. Nie wiem czasem czego chce Kościół od nas jako młodych. Słyszę często, że mamy być solą, ale co to znaczy w dzisiejszym świecie? Na Drodze słyszę tylko, że mamy się do tego świata nie zbliżać. Jakie są zatem moje perspektywy gdy kończę liceum? Kompletnie ich nie znam i po wielu latach w mojej wspólnocie (skończyłam już 1 skrutynium) wiem jeszcze mniej.
Czasem mam wrażenie, że to jest prawdziwa wiara, do której nie dorastam. Czasem też, że więcej z nas udaje. Ale w środku nie umiem sobie pogodzić z tymi, którzy cierpią z robienia rzeczy i tłumaczenia tego potem „wolą Boga”.
Relacje z innymi neonami
Wracając jeszcze do moich koleżanek i kolegów z Neo…a może braci i sióstr? To nasze rodziny bardzo cisną nas o to, byśmy znali tylko siebie. Często we wspólnotach dochodzi do trendu, by np. spikać tylko nas ze sobą. Skrutacje, kajaki, obozy, wyjazdy, pielgrzymki ale też nawet urodziny rówieśników we sąsiednich wspólnotach, miastach itp. Mamy się koniecznie znać, bo jesteśmy „wartościowi”. Gdy miałam chłopaka – mój tata ciągle cisnął go sprawy wiary i religii. Bo idealny kandydat na męża ma być wierzący, a najlepiej z Neo. Ciągle go tylko podpytywał o to czy chce pójść na katechezy i mówił do mnie, żebym go jakoś zachęciła…
Wielu z kolegów jest na edukacji domowej lub we specjalnych szkołach katolickich, okej. Ja jestem w normalnej i może to mnie psuje? Sama czasem mam wątpliwości…
Moja niedaleka przyszłość pewnie te problemy rozwiąże. Chcę wyjechać do innego miasta na studia i mam na to szanse. Liczę, że nowe środowisko da mi nową perspektywę.
Dziękuję za bloga i wiele spostrzeżeń cennych dla mnie.
Pozdrawiam
Dodaj komentarz