Ostatnio był dzień dziecka. Może z tej okazji naszło mnie wiele myśli dotyczących tego jak neokatechumenat traktuje dzieci? A może powinno się popatrzeć na to szerzej?

Przyznam, że gdy wchodziłem na Drogę Neokatechumenalną byłem zachwycony jak wiele dzieci jest we wspólnotach. Jak rodzice są otwarci na potomstwo. A także, jak pomimo wielu trudności wychowują je w mniejszych mieszkaniach. Radzą sobie z biedą, trudnymi czasami, brakami pracy. Z perspektywy katolickiej ale też ogólno-chrześcijańskiej rodziny – to naprawdę godne podziwu.
Czy neokatechumenat faktycznie jest miejscem, w którym dzieci mogą się rozwijać, czym może jest na odwrót? Może to dzieci są instrumentem do propagandy?
Z tym, że jednak ma to swoje minusy.
Mam wrażenie, że dla Kiko ten temat za mocno „zażarł”. Tak, w rzeczywistości katechiści wielokrotnie nakłaniają, a może nawet wykorzystują presje psychiczną i szantaż – by małżonkowie decydowali się na kolejne dziecko. Pojawia się wiele insynuacji. Między innymi, że zamykając się na życie – zamykasz się na miłość, a to doprowadzi Cię do rozwodu.
To jedna z bzdur, która powtarzając się staje się dla młodych osób niemal faktem. Niektórzy katechiści są o wiele bardziej brutalni. Na późniejszych etapach jeśli wyjdzie, że mąż ma kochankę – sposobem na rozwiązanie jest nie tyle zerwanie z kochanką, co posiadanie większej liczby dzieci.
Bo to „cementuje” związek.
Carmen dodała swoje trzy grosze o „fabryce życia”. Zresztą już samo sformułowanie powtarzane przez katechistów jako swoisty „tagline” – jest dla mnie obrzydliwy. Ot co – łono kobiety jest fabryką. Nie jest człowiekiem, który może nie chcieć. Od wielu sióstr słyszałem, że nie miały ochoty, że są zmęczone. Jak odpowiadali im katechiści? „To Twój krzyż”.
Do tego oczywiście dochodzi współuzależnienie od pieniądza. Dajemy dziesięcinę, mamy worek we wspólnocie, z którego wspieramy biednych i samych siebie w potrzebie.
Czyli biedne rodziny.
Co za okrutna farsa. Robi się z tego zamknięty kręg. Masz 5-6-7 dzieci, Twoje zarobki rzeczywiste słabną… Więc musisz szukać wsparcia – nie zawsze pomoc socjalna wystarcza, ale jest wspólnota – która wspiera. Masz dość wspólnoty, jednak wiesz, że nie możesz od niej odejść. Podobnie nie możesz odejść od pracy i stajesz się niewolnikiem tego życia.
W efekcie, zarówno mężczyzna i kobieta są zniewoleni. Mężczyzna – pracą, którą może nienawidzić, ale musi do niej chodzić bo rodzina staje się biedniejsza. Kobieta – bo mnogość dzieci nie pozwala jej realizować siebie.
Masz dzieci – to dobrze, kochamy Cię.
Nie daj Boże, jeśli jesteś na Drodze i nie masz dzieci. Albo masz tylko jedno lub dwoje.
Prędzej czy później dotknie Cię to mocno – nie będziesz mógł się odnaleźć w wielodzietnej wspólnocie. Katechiści z czułością będą patrzeć na poświęcające się małżeństwa.
A Ty… oj przykro mi nieboraczku. Było się rozmnażać. Teraz co masz do zaoferowania? Jeśli nie masz pieniędzy, to w sumie tylko rób sztuczny tłum.
To są gorzkie słowa, ale poparte wieloma latami obserwacji na Drodze. Spotykam to także teraz, kiedy zachodzą konflikty w mojej wspólnocie. Ten kto ma dużo dzieci – jest trochę bardziej usprawiedliwiony. A jak nie masz dzieci – to jakie masz wytłumaczenie? Praca? Przecież praca to pieniądz, Twój bożek…
Chrzest w neokatechumenacie – czyli centrum Paschy.
To jest kontrowersyjna teza. Ale też może niespotykana. W mojej opinii – chrzest w neokatechumenacie jest ważniejszy od zmartwychwstania podczas Paschy. Po pierwsze – Chrzecielnica jest bardziej w centrum. Wszyscy w środku wieczoru gromadzą się wokół niej. Ogłoszenie Zmartwychwstania – schodzi na dalszy plan, bo to chrzest gołego, małego dziecka jest wydarzeniem bardziej doniosłym. A zarazem radosnym, zmieniającym nas i jesteśmy częścią tego tu i teraz.
Potem jest agapa, podczas której są też czasem prezenty, torty – ochrzczone dzieci są w centrum uwagi.
Chrzest na Drodze neokatechumenalnej wywołuje dużo kontrowersji. I słusznie. Bo to według katechistów MUSI być tak robione. Wiecie. Prezbiter, ksiądz, nie może ochrzcić normalnie dziecka. Nie może tego zrobić na normalnej Eucharystii w wakacje. Nie. Dostajesz potem ochrzan!
Katechiści Cię tez zrugają, jeśli nie rozbierzesz swojego dziecka i nie pokażesz go gołego wspólnocie.
O tym się oczywiście nie mówi. Przedstawia się to zawsze jako urocze i piękne. Nigdy nie mówi się o jakiejś formie godności małej osoby. Ludzie robią zdjęcia genitaliom noworodków, co samo w sobie jest już co najmniej dwuznaczne. Potem wysyłane są te zdjęcia między innymi wspólnotami, na publicznych grupach lub wrzucane na youtubie…
Wychowanie dziecka we wspólnocie
No ale przejdźmy dalej. Ochrzciłeś dziecko. Musisz go zabierać na Eucharystie. Potem musisz go posyłać na katechezy, robić laudesy i ogólnie wszystko co dookoła wydarza się na Drodze. Na konwiwencjach początku roku pokażą Ci nawet filmy jak rodziny świętują wspólnie – pokażą Ci takie szopki, byś chciał być jak oni. Posadzić swoje dzieci dookoła stołu i celebrować Laudesy.
Tylko to wszystko propaganda. Jeśli Twoje dziecko jest hałaśliwe i płaczliwe – to według katechistów – masz je uderzyć. Ma być na Twoje zawołanie, więc ma siedzieć cicho całą Paschę. Całą Eucharystię
Powiedzmy sobie szczerze. Czym byłaby Droga Neokatechumenalna… bez dzieci?
Droga wyróżnia się właśnie wielodzietnością. To napędza katechistów do szerzenia propagandy przed biskupami i kardynałami. Którzy potem też to potwierdzą, bo widzą to raz – drugi w katedrze. „Oh jak pięknie, że jest z nami tyle dzieci” powiedzą. Tak to prawda. Myślę, że każdy z nas – neonów był świadkiem tej szopki.
Gdy okroimy Neokatechumenat z wielodzietności, pozostają nam smutni ludzie, którzy nie mają celu w życiu. Przychodzą więc do swojej grupy 3 razy w tygodniu. Słuchają innych smutnych ludzi o tym jak trzeba żyć, a potem oddają swoje pieniądze i wolność wyboru – bo wykonują rozkazy obcych. Decydują się zrywać znajomości, zmieniać miejsce zamieszkania czy gardzić członkami rodziny. Bo tak kazał katechista.
I gdyby to zrobił i otacza Cię wtedy 5tka dzieci – jest to piękne świadectwo życia.
Bez 5tki dzieci, jest po prostu smutnym przejawem codzienności.
Starsi i Post Cresima
Gdy dziecko przestaje być małe zaczyna się jego indoktrynacja. Powoli i stopniowo. Na Eucharystiach Twoje dziecko co tydzień będzie miało neońską katechezę na podstawie Ewangelii. Z okazji Bożego Narodzenia i Paschy – Jasełka lub specjalną konwiwencję dla dzieci. Na Passze – Twoje dzieci mają specjalną naukę.
Potem starsi wyjeżdżają na przykład na obozy, gdzie codziennie jest tłuczona im nauka i przemyca się treści „jak macie żyć”.
Dodatkowo nakazuje się im chodzić na specjalne skrutacje dla młodych (jest pizza na agapie, więc starsi to lubią…); wyjazdy pielgrzymkowe itp itd. Jest moc atrakcji i katechiści i Droga skupia się na tym, by wypracować narybek. Ale chyba najgorsze jest… wykorzystywanie młodych do opieki nad dzieckiem. Ile razy to ja widziałem jak młode dziewczyny siedziały do 22 z dziećmi kogoś ze wspólnoty, potem ktoś je odwoził. One zawalały egzaminy w szkole po czym słyszały, że robiły coś dobrego – i te egzaminy to są bez sensu, bo to Twoi idole…
Dla osób z okresu bierzmowania wprowadza się tzw. Post Cresima. Czyli rodziny spotykają się usilnie z mniejszą grupą różnych rówieśników i modlą oraz rozważają słowo. Potem agapa. Czy to jest jednak najważniejsze? Nie…
Gdy wsłuchasz się bardziej najważniejsze jest … zacieśnienie więzi. Chodzi o to, by młodzi bracia stali się sobie jak najbardziej bliscy, poczuli więź wspólnoty i bycia w neo, polubili siebie na tyle, że chcą potem wstąpić do wspólnoty i z sobą przebywać.
A to daje kolejne wspólnoty, kolejne wpływy i kolejny narybek na katechezach…
Dodaj komentarz