Stało się. Już nie myślę o Drodze Neokatechumenalnej.
Piszę to z lekkim zdziwieniem. Jeszcze rok temu nie przyszłoby mi do głowy, że wspólnota, która przez kilkanaście lat kształtowała mój rytm tygodnia, sposób przeżywania wiary, a nawet sposób mówienia o Bogu, może po prostu… zniknąć z pola mojego codziennego myślenia. Bez dramatu. Bez buntu. Bez płomiennych manifestów.
Po prostu — przestałem chodzić. I nic się nie zawaliło.
Jak wygląda odejście z wieloletniej wspólnoty?
Na początku, kiedy stopniowo oddalałem się od wspólnoty, byłem przekonany, że to tylko chwilowe. Że to wróci. Że te wszystkie spotkania, liturgie, skrutacje i wyjazdy — że one siedzą we mnie zbyt głęboko, żeby je tak po prostu zostawić. A jednak. Minął rok. I któregoś dnia złapałem się na pytaniu: „Kiedy ostatni raz myślałem o Neo?”
I nie pamiętałem.
Co zostaje po Neokatechumenacie?
Owszem, wisi u mnie w domu maryjna ikona w „neońskiej” estetyce. Nadal odmawiam jutrznię. Nadal praktykuję modlitwę Jezusową. Ale nie tęsknię. Nie noszę w sobie niedosytu.
I wcale nie czuję się, jakby coś mi umknęło.
Zacząłem więc szukać odpowiedzi — co się właściwie wydarzyło? Czy coś we mnie zgasło? Czy wyparłem emocje, które przez lata towarzyszyły tej formacji? Nie. Po prostu… coś się domknęło.
Wspomniałem wtedy jedno z tych zdań, które często słyszałem od katechistów: że „jeśli co kilka dni nie zasmakujesz Słowa Bożego, szatan cię dopadnie”. I myślę sobie dziś: nie, to nie szatan mnie dopadł. To raczej schemat. Zmęczenie powtarzalnością.
Bo kiedy mija trzeci czy czwarty tydzień bez spotkań, człowiek zaczyna oddychać. I nagle okazuje się, że może być inaczej.
Nowe wieczory
Pamiętam ten moment bardzo wyraźnie.
Była sobota wieczorem, czyli czas Eucharystii. Nie byłem na którejś z kolei i stałem się tym niedzielnym przegrywem z opowieści katechistów. Jeszcze rok wcześniej odprawiałem liturgię ze wspólnotą zastępując kantora i robiąc przygotowania. Goniąc z innymi rzeczami, dobieraniem pieśni, poprawianiem ołtarza. Zamiast tego — siedziałem na sofie, leciała muzyka z radia, żona była obok, dzieci spały. A ja serio nie grzeszyłem i czułem się dobrze.
Nie porzuciłem Kościoła. Nie odciąłem się od modlitwy. Przeciwnie — znalazłem miejsce, które naprawdę mnie karmi. Mniejszą wspólnotę, bliższą parafii, bardziej realną. Mniej zorganizowaną, a bardziej ludzką. Taką, w której nie trzeba dawać świadectwa co tydzień, żeby czuć się blisko Boga.
Nowe spojrzenie na wiarę
Bo właśnie to odkryłem: że wiara może być cicha. Że nie potrzebuję już wielkich emocji, żeby czuć, że wierzę.
Nie muszę śpiewać z całych sił, nie muszę niczego udowadniać. I nie muszę spinać się na skrutacjach. I nie muszę (z naciskiem na muszę!) dawać echa czy świadectwa na polecenia katechistów. Mogę być po prostu człowiekiem w drodze.
I tak — Neokatechumenat był dla mnie ważny. Uformował mnie. Nauczył czytać Słowo, modlić się, przeżywać liturgię. Ale był też strukturą, która z czasem zaczęła mnie przytłaczać. A ja coraz częściej czułem, że udaję.
Dlatego dziś, po tym czasie, mogę powiedzieć uczciwie: nie żałuję. Ale też nie tęsknię. I nie chcę wracać.
To był etap.
I chyba o to chodzi w duchowym dojrzewaniu.
Nie o to, by zaprzeczyć przeszłości. Ale by dać sobie zgodę — iść dalej.
Co będzie dalej? Jeszcze nie wiem. Mam kilka pomysłów, kilka nowych przestrzeni, które powoli się otwierają. Ale na razie — zostawię je dla siebie.
Plany na przyszłość
A plany?
Powiedzmy to wprost.
To mój ostatni post.
I ostatnie czas działania tej strony.
Tak, dobrze czytacie — koniec.
Strona niedługo zniknie, więc jeśli komuś zależy, jeśli chce coś zachować — zapraszam do kopiowania, archiwizowania, robienia zrzutów ekranu. Później już nie będzie do czego wracać. Wiem, że niektórzy wracają tu okresowo, dlatego dam wam odrobinę czasu.
Nie będę też moderować skrzynki.
Nie dlatego, że mi nie zależy. Ale dlatego, że po prostu — nie chcę już angażować się w cudze historie bardziej niż w swoje własne. Jeśli mam cieszyć się życiem, naprawdę, głęboko, uczciwie — to muszę przestać żyć cudzymi pytaniami, cudzymi dramatami, cudzymi rozczarowaniami. Nawet jeśli głęboko Was szanuje i wspieram.
Niektórzy może powiedzą: „Neo cię dopadło. Wygrało.”
Możliwe.
Ale jeśli to jest porażka — to zaskakująco lekka, spokojna i potrzebna. Jeśli ktoś myśli, że usuwam stronę przez katechistów to jest w błędzie.
Podziękowania
Myślę, że muszę podziękować niektórym braciom ze wspólnoty. Tym nadgorliwcom, którzy dzięki swojej wierności katechistom byli tak zacietrzewieni, że mnie zwyczajnie wkurwili i pokazali, że nie tutaj moje miejsce. Pokazali zupełny brak miłosierdzia (ale nie tylko względem mnie, bo mnie to nie ruszyło). I pokazali, że to po prostu nie jest Kościół, którego chce Chrystus. Ale też chce podziękować tym braciom, którzy zmienili pozytywnie moje postrzeganie rzeczywistości. I niektórych chciałbym (gdybym jeszcze mógł…) przeprosić, że nie pomogłem im odpowiednio, gdy była do tego okazja.
Zresztą… od czasu powstania tej strony wiele się wydarzyło. Były podcasty w mediach, były sprawy zgłaszane do kurii (tak, wiem o nich), były rozmowy w różnych wspólnotach, które nabrały nowego tonu. To nie są rzeczy, które trafiają na nagłówki. Ale się działy i wiem, że wywarły pewien wpływ na niektórych katechistów.
Czy to dużo? Mało? Nie wiem.
Nie chcę być zawodowym byłym-neokatem. Nie chcę pisać tylko z pozycji odejścia. Bo życie jest gdzie indziej.
A jak mówi Księga Wyjścia — czasem trzeba zostawić Egipt, żeby naprawdę zacząć żyć wolnością. Nawet jeśli przez chwilę będzie to pustynia.
Nie jestem sam, i nie jesteście sami
Wiem też, że nie jestem w tym sam.
Wiem, że nie jestem jedyny, który wyszedł z ruchu, z formacji, z czegoś „na całe życie” — i po jakimś czasie oddycha lżej. Jest nas więcej. Niektórzy z Was odeszli po 30 latach (!!!) na ostatnich etapach Drogi. Stwierdziliście nagle po tym wszystkim „halo, to nie tędy droga do zbawienia”
I zaczęli żyć po swojemu — ale nie bez Boga. I jesteście dla mnie niesamowitym przykładem odwagi. Dziękuję.
Dziękuję, że byliście.
Idźcie w pokoju.
Dodaj komentarz