Na serwisie Deon.pl ukazał się wywiad z Martą Titaniec i dominikaninem Radosławem Więcławskiem. Publikacja dotyczy szeroko rozumianych patologii i niepokojących relacji we wspólnotach Kościoła. Jak ten wywiad ma się do neokatechumenatu? Sprawdźmy.
Wywiad znajdziecie pod tym linkiem: LINK
Oddajmy głos i komentujmy krok po kroku
„Niebezpieczne mogą być konkretne zachowania i osoby, które nie chcą się uczyć, jak być z innymi ludźmi, nie chcą poddawać swojej pracy superwizji, nie chcą podporządkować się zasadom, które są już ustanowione w Kościele.”
Tak. Na Drodze widzimy charakterystyczne z tego cechy. Katechiści oraz liderzy nie mają żadnego supervisora, poza innymi katechistami. Ci oczywiście też nie mają żadnego supervisora, przygotowania duszpasterskiego i nie tylko. Całość rzekomo załatwia hasło „jest z nami prezbiter – jeśli on coś powie, to jest to istotniejsze”.
Faktycznie – czasami – katechiści wręcz wzmacniają swój przekaz tymi słowami. Jest to silnie nacechowane emocjonalnie i ma znaki manipulowania „jeśli autorytet wśród nas nie zaprzeczy – to to jest prawda!”
Tylko autorytet często nie zaprzecza, bo sam jest wśród grupy katechistów oraz np. wyrósł w seminarium Neońskim…
„A dla prowadzących to treści [podcast, który jest tworzony] o tym, co oznacza liderstwo i prowadzenie takich wspólnot i jaki zakres działania ma duszpasterz.”
Tak – tutaj jest kolejny element. Czy liderzy i katechiści mają określony zakres działań? Nie. Odpowiedzialny wspólnoty jest na posyłki katechistów i ma służyć wszystkim. Katechiści wspólnoty są na posyłki katechistom nad nimi itp. itd. Nie ma określenia – kiedy zaczynasz głosić katechezy, jakie są Twoje zadania, posługi. Wszystko sprowadza się do 100% posłuszeństwa tym, którzy są nad Tobą. Problemem jest jednak, że nikt im tej władzy mandatem Kościoła nie dał.
W normalnym duszpasterstwie nie możesz głosić misji bez konkretnego mandatu Kościoła, w Neo wszystko odbywa się w południowym stylu – ad-hoc, improwizacją.
„ W ten sposób uzależnia on od siebie w wymiarze duchowym bycia kierownikiem, i wskazywania – niemal w zastępstwie Boga – jak ma postępować dana osoba. Ten duchowy autorytet występuje tylko w Kościele. To jedyna władza, jaką przełożony ma nad podwładnym.”
No okej – a co jest na Drugim Skrutinium? Katechiści, którzy siebie określają jako posłanych przez Ducha Świętego – rozkazują wręcz innym konkretne zadania. Niekiedy są one dość pozytywne i błahe – np. zaproś żonę na randkę, wzmocnij relacje.
Czasem bardzo konkretne – zerwij relacje z osobą, która jest rozwodnikiem.
Czasem seksualne – częściej kochaj się z mężem, bo masz depresje i inne zaburzenia. To Ci pomoże. Lub też – musicie mieć kolejne dziecko, tego wam brakuje – do łóżka!
Potem nadchodzi etap weryfikacji – Katechiści ponownie pytają – zrobiłaś/zrobiłeś polecenie? Jeśli powiesz nie – musisz się tłumaczyć i możesz zostać wyrzucony ze wspólnoty. Tak. Wyrzucony za to, że nie „otworzyło się na życie” jak to ładnie mówią”.
Żadnej superwizji!
„To bardzo mocne, że z głębi tej przepracowanej traumy osoby skrzywdzone podkreślają to, co najistotniejsze: dostrzeżenie tego, że jako wierzący mamy swój rozum, swoją relację z Bogiem, a duchowni i liderzy mają swoją – dość ograniczoną – rolę, która jednak nie polega na tłumaczeniu wszystkiego,”
Istotnie. W neokatechumenacie nieustannie – od pierwszego skrutynium jest to problem. Jednym z kolejnych problemów jest również rozkazywanie, że trzeba zdecydować się na jedną wspólnotę. Jeśli jesteś miłośnikiem także innego ruchu, i tydzień jesteś tu, a tydzień chcesz być tam – NIE MOŻESZ. Katechiści zabronią Ci chodzić i stawiają ultimatum – albo chodzisz tutaj, albo tam. Coś za coś.
Nie jedziesz na konwiwencje, bo nie masz czasu? Znajdź go. Przełóż urodziny, plany rodzinne, wakacje, prace wszystko – podporządkuj swój czas wspólnocie – bo Bóg tam Cie chce.
To jest retoryka, której nikt nie sprawdza.
To zaczęło mi przeszkadzać, bo jako osoba wierząca w Neo, chciałem też rozwijać siebie na innych płaszczyznach. Jechać swoją ścieżką z rodziną i spędzać z nimi czas, a zostałem kilka razy przyparty do muru, nachodzony w domu przez odpowiedzialnych i „zachęcanych” w ten sposób. Używano między innymi słów „ta konwiwencja jest wyjątkowa” „katechiści przygotowali coś specjalnego dla nas- nie możemy tego opuścić”. Po czym okazywało się, że mówili ten sam kerygmat co zawsze.
„[chodzi o to] aby te osoby umiały rozeznać, co jest przekraczaniem granic. I, z drugiej strony – by liderzy wiedzieli, że zwykły dla nich gest może być dla kogoś mocnym przekroczeniem norm. By mieli świadomość, że mogą się poddać pokusie władzy, gdy ktoś prosi ich o pomoc i towarzyszenie i wpuszcza w intymną sferę duchowości. By nie wykorzystywali ich słabości do swoich potrzeb.”
Jak bardzo to jest mi bliskie! Wielokrotnie wiedziałem „trochę” lepiej niż katechiści. Nie chodzi o to, że chciałem ich pouczać, ale oni powtarzali tylko to co im powiedziano, bez żadnego innego przygotowania. Kiedy w jakiś sposób zostali o coś zapytani – nagle ucinają temat. Często też odwrotnie – narzucali bardzo ostre uwagi kobietom, które miały swoją wrażliwość i nie uznawali tego za niestosowne. Skoro 40 lat temu takie uwagi nie były uważane za przekroczenie granic, to czemu mają być teraz? Pamiętaj, że wielu katechistów ma ok 50-60 lat i zostało katechizowanych przez 80 latków… To jest przepaść pokoleniowa.
„boski charakter Kościoła nie wpływa na to, że osoby, które reprezentują Kościół od strony instytucji, są bezbłędne.”
No właśnie, a co mówią Katechiści? Cytując niemal słowo w słowo: jesteśmy tu z nadania Ducha Świętego, dlatego bądź nam posłuszny / jeśli nie jesteś posłuszny sprzeciwiasz się Duchowi Świętemu.
Naprawdę to może przejść w dzisiejszych czasach?
A czego bym chciał?
Jako osoba po części dotkniętą manipulacją i silnym oddziaływaniem katechistów chciałbym, by tego typu inicjatywy nie kończyły się na podcastach, książkach itp.
Chciałbym, by powstał konkretny ruch badawczy – który kierowałby osoby do wspólnot jak np. Neo w celu jego naprawy. Podobnie jak dobrzy dziennikarze, nie powinni być anonsowani „uważaj, ta osoba będzie nas sprawdzać”. Bo wtedy to oczywiste, że nie będzie sobą.
Bardziej w roli „tajemniczego wiernego”, który chodzi na różne konwiwencje i jest we wspólnocie 3 lata, by zbadać kilka etapów – najlepiej do Drugiego Skrutinium włączne, bo potem to już raczej nuda.
Jednak szczerze, chyba nie stać Kościół na coś takiego. Pomimo całej swej wyjątkowości, jako organizacja jest w świeckich rozwiązaniach niewydolny.
Chcesz podzielić się relacją?
Napisz na wyznanianeo@gmail.com – opublikujemy anonimowo.
Dodaj komentarz