Ten wpis będzie inny. Wspominałem niedawno, że chcę chwilę odpocząć od pisania o Drodze. I to prawda. Jednak życie toczy się również poza Neokatechumenatem, a im dalej jestem od tej wspólnoty, tym bardziej otwierają mi się oczy. Zaskakuje mnie, jak bardzo oddaliliśmy się jako Kościół od wspólnoty, szczególnie od czasu Soboru Watykańskiego II.
Razem czy osobno?
Jestem pasjonatem historii Kościoła. Naprawdę. Uwielbiam czytać teksty Ojców Kościoła i inne źródła, które pomagają mi zrozumieć Kościół jako całość. To także pomaga mi krytycznie oceniać Drogę Neokatechumenalną i dostrzegać liczne paradoksy, które się tam pojawiają.
Ostatnie tygodnie były dla mnie intensywne pod względem religijnym. Uczestniczyłem w Eucharystii neokatechumenalnej (między innymi przy okazji rozpoczęcia roku ewangelizacyjnego). Byłem też na wydarzeniu skierowanym do młodzieży, pełnym popkultury i rozrywki. Spędziłem również czas w jednym z klasztorów monastycznych, w ciszy i skupieniu. Nie zabrakło także spotkania ze znajomym tradycjonalistą – miłośnikiem starej Mszy świętej.
Chciałbym powiedzieć: jesteśmy różnorodną wspólnotą. Ale problem w tym, że… nie jesteśmy.
Przepaście w przekazie i nauczaniu
Nie zrozumcie mnie źle. Gdyby takie różnice pojawiły się w starożytnym Kościele, mówilibyśmy o schizmie i sekciarstwie. A my mówimy o jedności. Kościół jest dziś rozdarty w fundamentalnych kwestiach. Naprawdę fundamentalnych.- Bóg daje wszystko, czy nic?
Bóg daje wszystko, czy nic?
W jednej wspólnocie usłyszałem, że Bóg może dać wszystko. Na uwielbieniu leczy raka, złamania, choroby genetyczne (Marcin Zieliński czy Mikołaj Kapusta ze sfery internetowej tutaj świecą przykładem). Z drugiej strony, bardziej tradycyjne nauczanie mówi o cierpieniu i jego wartości – akceptuj to co masz, bądź pokorny. A jeszcze gdzie indziej, w podcastach, słyszę o przypadkowości wydarzeń, gdzie Bóg nie kieruje każdym aspektem naszego życia (Marcin Gajda w Pogłębiarce). Jak to pogodzić? To dwa zupełnie różne bieguny patrzenia na to, kim jest Bóg i jak działa.
Czy da się to pogodzić? Przecież to dwa zupełne inne bieguny patrzenia na to, KIM i JAK działa Bóg.
Modlitwa cicha, czy głośna?
Czy Boga uwielbia się w ciszy, czy w hałasie? Według charyzmatyków, radosne uwielbienie to jedyna właściwa droga. MUSISZ być radosny, musisz śpiewać. Jeśli się zamykasz to źle.
Z kolei zakonnik powiedział mi, że Boga odnajdujemy w ciszy, gdzie naprawdę możemy usłyszeć nasze sumienie. Znów nie stwierdzam, które podejście jest słuszne – nie o to mi chodzi.
Liturgia poważna, czy „na luzie”?
Tutaj mamy całą paletę sporów – od przyjmowania Komunii na rękę, po to, jak należy ustawiać się względem ołtarza i krzyża. Gitara czy organy? Na neońskiej Eucharystii widziałem księdza bez stuły, z komentarzem: „nic się nie stało”. Z drugiej strony – nacisk na godne sprawowanie Mszy świętej. Czy to się ze sobą klei?
Ważny jest przekaz
Czy można mieć różne spojrzenia? Oczywiście. Kościół powinien docierać do wiernych na różne sposoby, ukazując różne aspekty duchowego życia. Jednak kluczowy jest sposób przekazu.
Zupełnie inaczej brzmi stwierdzenie:
„Jeśli nie odnajdujesz się w intensywnej liturgii, może spróbuj znaleźć coś, co ci bardziej odpowiada” niż:
„Pan Bóg wymaga, byśmy głośno Go wielbili, otwórz swoje serce!”
Pierwszy przekaz rozumie moją duchową odmienność. Drugi, jak to bywa w Neokatechumenacie, narzuca sposób postępowania. Bowiem MUSISZ śpiewać i klaskać, prawda? To samo dotyczy kwestii liturgicznej poprawności – „nie bądź purystą liturgicznym, miej pokorę” vs. „uczestniczysz w Eucharystii niegodnie, grzeszysz!”. Widzicie różnicę? Z jednej strony mamy komunikację zrozumiałą, z drugiej – narzucanie.
Narzucanie poprawności czy niepoprawności liturgicznej przecież także ma miejsce „nie bądź takim purystą liturgicznym, MIEJ POKORĘ” w Neo w kontrze do „jak niegodnie uczestniczysz w Eucharystii, to grzeszysz” u tradsów.
Widzisz, znów ten sposób komunikacji. Bo „miej pokore” i słowa „niegodnie…” tak naprawdę już w 100% stawiają pogląd jak MUSISZ postępować. Jeśli np. masz inne zdanie na temat liturgii neońskiej, to według katechistów… nie masz pokory, czyli grzeszysz!
Podobnie w kwestii działań duchowych: „Nic nie możesz zrobić własnymi siłami” w porównaniu do „nawróć się i pracuj nad sobą”. Te dwa porządki nie dają się pogodzić. W jednej wspólnocie dobre uczynki są wynikiem działania łaski, w innej – możliwe także bez niej i prowadzą do uświęcenia.
Ale co mówi Kościół?
Kościół jak widać mówi wiele rzeczy, tylko sam się w tym wszystkim chyba nie odnajduje. Mamy tak wiele prądów, tak daleko już od siebie rozrzuconych, że… Kościół stwierdził, że doleje oliwy do ognia.
Kościół mówi wiele rzeczy, ale sam zdaje się gubić w tym chaosie. Istnieje tyle prądów, tak daleko od siebie rozrzuconych, że Synod Biskupów jeszcze bardziej pokazuje, jak bardzo się różnimy. Pluralizm wewnętrzny coraz bardziej przypomina walkę lobbystów niż autentyczne szukanie prawdy.
Zobaczmy jak jest w Neo.
Czy ktoś we wspólnocie miał możliwość wypowiedzenia się swobodnie co go „bolI” w Kościele? W parafiach CZASEM tak, we wspólnocie – nie. Zostały delegowane osoby z Neokatechumenatu do „reprezentacji”. Jaki to ma sens? Skoro liderzy wybierają inne osoby do zabierania głosu na temat zmian. To tak jakbyśmy oczekiwali od ministra finansów, że skrytykuje Premiera za poglądy rządu, który sam reprezentuje… absurd.
Świadkowie tak, ale tylko pozytywni
W ostatnim czasie na blogu rozwinęła się dyskusja z jednym z braci (wątek Co trzyma nas jeszcze na Drodze? ). Całkiem ciekawa. Ale całościowo pokazała też symptom tego czego doświadczyłem rozmawiając z hierarchią Kościoła. Czyli wagą świadectwa.
Widzicie. Mamy katechezy – katechiści mówią, że trzeba dawać ECHO, bo ma ono wielką wartość dla braci. Na spotkaniach z biskupem w ramach Echa wybrani bracia mówią swoje świadectwo, bo jest to wielki znak wiary. Na REDITIO wreszcie, mówimy tak naprawdę swoje świadectwo. Mówi się nam wręcz, że głoszenie i przekazywanie WŁASNEGO DOŚWIADCZENIA tak naprawdę jest najlepszą Ewangelizacją, bo NIC INNEGO nie trafia do współczesnego człowieka!
Można odnieść wrażenie, że osobiste przeżycia, mają wielkie znaczenie co do postrzegania rzeczywistości i wpływają na innych. Mało tego, to nawet jest treścią katechez początkowych.
Ale nie.
Gdy świadectwo staje się negatywne, przeciwne Drodze lub Kościołowi – staje się tylko „prywatnym poglądem”. Taki pogląd nie ma już żadnego znaczenia. Kiedy jeden, drugi i trzeci brat mówią jakąś krytykę i opowiadają o złych rzeczach na Drodze – to są TYLKO ich doświadczenia i one nie mają znaczenia.
Optyka zmieniła się o 180 stopni, tylko dlatego, że zmienił się temat. Jak tu nie mówić o schizofrenii?
I dlaczego się dziwimy?
No właśnie… czemu się dziwimy, że mamy tak mało powołań? Dlaczego się dziwimy, że młodzież nie chce chodzić do Kościoła i na zachodzie tak wygląda życie religijne? Jasne, możemy mówić o paradygmatach rzeczywistości, snuć koncepcje filozoficzne o upadku cywilizacyjnym. Ale w realnym świecie, a w takim się znajdujemy – istota wydaje się być prostsza.
Brak silnego i określonego w swej tożsamości Kościoła – jest powodem całej lawiny złych zdarzeń, które nas teraz dotykają. Kto pójdzie głosować na partię, która wewnętrznie kłóci się ze sobą i żre publicznie? Nikt nie będzie im ufał.
Kto ma zaufać Kościołowi, skoro jest tak niekonsekwentny w swym nauczaniu? Skandale obyczajowe są zawsze jakimś ciosem, jednak gdy ma mocny fundament – w wierze, nauczaniu i przekazie – takie ciosy nie robią nic.
To nie czas przemian soborowych, w których mogliśmy „testować” pewne rozwiązania, dialogi itp. I nie chodzi mi tutaj, że mamy postawić na tradycjonalny i zdeterminowany katolicyzm. Kościół może być również silny w swej tożsamości w sposób całkiem łagodny i „dobroludzki”. Kwestia określenia siebie.
Wiem też, że to pewien czas przełomu. I być może dochodzi do pewnego zmierzchu obecnego Kościoła, o którym zresztą pisał niedawno T. Terlikowski. To oznacza również zmierzch Drogi Neokatechumenalnej w obecnym kształcie. Bo w Kościele po kolejnych przemianach – niekoniecznie liberalnym, ale zdecydowanie bardziej empatycznym – dla obecnej Drogi po prostu nie będzie już miejsca.
Nie będzie miejsca do patrzenia z góry na ludzi, nie będzie podziału My-katechiści i Wy-wspólnota. Wreszcie bardziej święci i mniej święci w zależności od ilości dzieci. Nie będzie miejsca na te nadużycia, bo po prostu, nie będzie komu ich słuchać.
Dodaj komentarz